Świadectwo Mateusza.

Świadectwo Mateusza.

Moje rekolekcje rozpoczęły się tak naprawdę 7 miesięcy wcześniej, gdy choć wiedziałem że Bóg istnieje to byłem odwrócony od Niego, nie wierzyłem w Niego i gdy jak sądziłem wtedy – wszystko mi odebrał….

Przez utratę tego wszystkiego co było dla nie ważne zacząłem odczuwać coraz większy mrok w duszy. Pamiętam bardzo dobrze, gdy ten stan osiągnął apogeum, gdy z bólu nie wiedziałem już co myśleć, zaczęły pojawiać się różne depresyjne myśli, również samobójcze. I wtedy, gdy już przestawałem mieć nadzieję wykrzyczałem: „Panie Boże, pomóż mi , bo już nie daję rady !”. Mijały kolejne dni niby nic się nie zmieniało, a jednak było jakoś inaczej – dużo więcej się modliłem, powoli zaczął we mnie przebijać się pozytywne nastawienie, humor, powoli podnosiłem się z kolan.

Pamiętam do dziś zdanie, które powiedziałem do mojego przyjaciela: „Dominik, nie wiem co się ze mną ostatnio dzieje, ale czuję jakby zaczynało mnie wypełniać jakieś światło” – dziś wiem, że rozpoczynało się wtedy działanie Ducha Świętego, by wydobyć mnie z mroku.

Jednak to nie zawsze jest tak, że gdy zwrócimy się do Ojca, to nagle jest wszystko pięknie jak za pstryknięciem palcami. Powiedziałbym nawet, że na początku może być ciężej, bo diabeł z całych sił próbuje nas od Boga odwrócić. Pomimo pojawiających się różnych przykrych sytuacji nie traciłem już wiary i ufałem Bogu, a On wyciągał do mnie rękę i mówił przez moje serce: „Mateusz, mam dla ciebie wszystko co najlepsze, tylko nie przestawaj wierzyć i nie schodź z drogi, którą obrałeś”.

Moja siła, miłość w sercu, dobre poczucie własnej wartości rosły coraz bardziej.

Pewnego dnia spotkałem na swojej drodze osobę, dzięki której dołączyłem do rekolekcji.

Pamiętam, że rozmawialiśmy o Bogu, a wtedy ona powiedziała: „Uczestniczę w rekolekcjach, pójdź ze mną.” Szczerze próbowałem się wykręcić- mówiłem: ”No wiesz, zacząłem wierzyć, wraca do mnie miłość do Jezusa, ale do kościoła to nie, nie za bardzo. Jakoś nie czuję tego, nie jestem gotowy”.

Na szczęście była nieustępliwa wobec mnie i dziś nie żałuję, że się zgodziłem.

Przyszedłem do kościoła lekko niepewny, trochę przestraszony, ale z myślą: „ No dobrze, spróbuję”. To co działo się ze mną podczas tej Mszy ciężko opisać słowami. Czułem realne działanie Jezusa na moją duszę – czułem jakby wyrywał z mojego serca resztkę bólu i cierpienia, a jednocześnie napełniał je swoją miłością. Musiałem zaciskać zęby żeby ze wzruszenia całkowicie się nie rozpłakać, choć i tak łzy same napływały mi do oczu – śmiało mogę powiedzieć, że doświadczyłem swojego prywatnego cudu. Po raz pierwszy od wielu lat byłem u spowiedzi oraz Komunii świętej.

Droga, którą dał mi Pan – od mroku po dzień dzisiejszy nauczyła mnie: By zawsze mieć otwarte serce.

Wiem co znaczy ból, smutek, lek i beznadzieja, ale gdy otworzymy nasze serca z ufnością na Jezusa oraz drugiego człowieka, to On przyjdzie do nas i zacznie prostować z miłością nasze ścieżki: – Więc proszę was: otwórzcie swoje serca!