Rozważania ojca Michała Nowaka


Rozważania ojca Michała Nowaka OFM Conv
Lipiec 2019
1 2 3 4 5 6 7
8 9 10 11 12 13 14
15 16 17 18 19 20 21
22 23 24 25 26 27 28
29 30 31
 
Sierpień 2019
1 2 3 4
5 6 7 8 9 10 11
12 13 14 15 16 17 18
19 20 21 22 23 24 25
26 27 28 29 30 31
 
Wrzesień 2019
1 2 3 4 5 6 7
8 9 10 11 12 13 14
15 16 17 18 19 20 21
22 23 24 25 26 27 28
29 30
 
Październik 2019
1 2 3 4 5 6
7 8 9 10 11 12 13
14 15 16 17 18 19 20
21 22 23 24 25 26 27
28 29 30 31

Głosicielu, gdzie jesteś?

2017-02-04

zdj:flickr/A K M Adam/ Lic CC
(Mk 6,30-34)
Po swojej pracy apostołowie zebrali się u Jezusa i opowiedzieli Mu wszystko, co zdziałali i czego nauczali. A On rzekł do nich: Pójdźcie wy sami osobno na miejsce pustynne i wypocznijcie nieco. Tak wielu bowiem przychodziło i odchodziło, że nawet na posiłek nie mieli czasu. Odpłynęli więc łodzią na miejsce pustynne, osobno. Lecz widziano ich odpływających. Wielu zauważyło to i zbiegli się tam pieszo ze wszystkich miast, a nawet ich uprzedzili. Gdy Jezus wysiadł, ujrzał wielki tłum. Zlitował się nad nimi, byli bowiem jak owce nie mające pasterza. I zaczął ich nauczać.


Mili Moi…
Czas spędzony w Polsce dobiegł końca… Bardzo szybko rzecz jasna. Ale za to owocnie i mogę z całą pewnością powiedzieć, że bardzo przyjemnie. Z Częstochowy mój szlak wiódł do Lublina, gdzie miałem zmierzyć się z zaplanowanymi egzaminami. Oczywiście jak zawsze przejmowałem się nimi za bardzo, ucząc się pilnie każdego ranka (bardzo wczesnego ranka). Efekty pozytywne. Pedagogika bez większych trudności, angielski – no cóż… Pan doktor egzaminator dopytywał od czasu do czasu – what do you mean? (co masz na myśli?). Zrozumiałem z tego tyle, że tylko ja rozumiem, kiedy mówię po angielsku. Ale najważniejsze, że wszystko się udało…

Podróż powrotna bez zarzutu. Doszedłem do wniosku, że jeśli latać, to tylko w styczniu. Samoloty zapełnione pasażerami zaledwie w połowie, żadnych kolejek do odprawy. Żyć, nie umierać. A kiedy usłyszałem serdeczne słowa „welcome back” od pana, który mnie odprawiał w Newarku, to zrobiło mi się ciepło na sercu. Jestem w domu i cieszę się z tego.

Oczywiście wciągnął mnie od razu wir różnych działań. Niektóre decyzje czekały niecierpliwie na podjęcie. Duszpasterstwo pierwszopiątkowe zdominowało mój pierwszy dzień po powrocie. No i oczywiście zmiana strefy czasowej… Pobudka o trzeciej nad ranem i brak przytomności o ósmej wieczorem… Ale z tym damy sobie jakoś radę… Skończyły się też wszystkie wymówki, które mogłem zastosować odwlekając moje zmierzenie się z kolejnym fragmentem mojej pracy doktorskiej. Nie ma rady… Trzeba zasiąść i kontynuować pisanie. Przed wakacjami musi powstać trzeci rozdział…

Dziś jednak przykuł moją uwagę fakt, że głoszenie Słowa przez Jezusa i Apostołów powodowało wielkie poruszenie wśród ludzi. Z całą pewnością, kiedy porzucali chwilowo swoje domy warsztaty, zajęcia i szli, aby słuchać, nie traktowali tego jako jakiejś atrakcyjnej odskoczni od codzienności, ponieważ wiązało się to dla nich z niemałym wysiłkiem. Czasem wręcz z głodem, czy pokonywaniem niemałych przeciwności. Ale szli i zadawali sobie wiele trudu, aby słuchać. Zawsze mnie zastanawia jaka moc była ukryta w tym Słowie, że poruszało ono tak mocno? Czy chodziło tylko o znaki i cuda, które je potwierdzały? A może wracała nadzieja? Może nagle pojawiał się zupełnie nowy sens życia? Jego smak?

Badam dziś samego siebie. Czy jest we mnie ten sam zapał w słuchaniu? Czy jestem gotów ruszać z miejsca i iść, gdziekolwiek pojawia się głos, który zwiastuje wielkie dzieła Boże? Ile jestem w stanie z siebie dać, poświęcić, jaką ofiarę ponieść, żeby usłyszeć? I co potem z tym Słowem? Bo przecież samo wysłuchanie to jeszcze za mało. Trzeba nim zacząć żyć, trzeba je wpleść w codzienność, trzeba je smakować, celebrować, pamiętać, trawić…

Czytam tę Ewangelię z perspektywy słuchacza, a nie głosiciela. Czytam ją z poczuciem tęsknoty za słuchaniem – tak mało mam ku temu okazji. Jakoś nie umiem oprzeć się na nowoczesnych środkach przekazu. Muszę chyba, podobnie jak prości ludzie z epoki Jezusa, mieć kogoś przed oczami, żywego mówcę, który dotknie mnie Słowem bezpośrednio, a nie przez ekran, czy słuchawki odtwarzacza… Żywego Słowa mi trzeba i trochę cierpię, bo nie mam go w nadmiarze. Może już czas, żeby dobrze zaplanować jakieś wakacyjne rekolekcje. Może już najwyższy czas…