Rozważania ojca Michała Nowaka


Rozważania ojca Michała Nowaka OFM Conv
Maj 2019
1 2 3 4 5
6 7 8 9 10 11 12
13 14 15 16 17 18 19
20 21 22 23 24 25 26
27 28 29 30 31
 
Czerwiec 2019
1 2
3 4 5 6 7 8 9
10 11 12 13 14 15 16
17 18 19 20 21 22 23
24 25 26 27 28 29 30
 
Lipiec 2019
1 2 3 4 5 6 7
8 9 10 11 12 13 14
15 16 17 18 19 20 21
22 23 24 25 26 27 28
29 30 31
 
Sierpień 2019
1 2 3 4
5 6 7 8 9 10 11
12 13 14 15 16 17 18
19 20 21 22 23 24 25
26 27 28 29 30 31

On żyje!!!

2016-12-05

zdj:flickr/christopdesoto/Lic CC
(Łk 5,17-26)
Pewnego dnia, gdy Jezus nauczał, siedzieli przy tym faryzeusze i uczeni w Prawie, którzy przyszli ze wszystkich miejscowości Galilei, Judei i Jerozolimy. A była w Nim moc Pańska, że mógł uzdrawiać. Wtem jacyś ludzie niosąc na łożu człowieka, który był sparaliżowany, starali się go wnieść i położyć przed Nim. Nie mogąc z powodu tłumu w żaden sposób go przynieść, wyszli na płaski dach i przez powałę spuścili go wraz z łożem w sam środek przed Jezusa. On widząc ich wiarę rzekł: Człowieku, odpuszczają ci się twoje grzechy. Na to uczeni w Piśmie i faryzeusze poczęli się zastanawiać i mówić. Któż On jest, że śmie mówić bluźnierstwa? Któż może odpuszczać grzechy prócz samego Boga? Lecz Jezus przejrzał ich myśli i rzekł do nich: Co za myśli nurtują w sercach waszych? Cóż jest łatwiej powiedzieć: Odpuszczają ci się twoje grzechy, czy powiedzieć: Wstań i chodź? Lecz abyście wiedzieli, że Syn Człowieczy ma na ziemi władzę odpuszczania grzechów - rzekł do sparaliżowanego: Mówię ci, wstań, weź swoje łoże i idź do domu! I natychmiast wstał wobec nich, wziął łoże, na którym leżał, i poszedł do domu, wielbiąc Boga. Wtedy zdumienie ogarnęło wszystkich; wielbili Boga i pełni bojaźni mówili: przedziwne rzeczy widzieliśmy dzisiaj.


Mili Moi…
Od piątku jestem w Chicago. Najpierw gościnny, przyjacielski dom W, który gościł mnie przez dwa dni. A od wczoraj jestem już w parafii świętych Cyryla i Metodego w Lemont, gdzie głoszę rekolekcje adwentowe. Pan Bóg swoją dobroć okazuje jednak już od soboty… Wieczorem przybyliśmy tu na nabożeństwo pierwszosobotnie. Różaniec, Koronka, Godzinki, konferencja, Eucharystia i spowiedź poprzedziły modlitwę wstawienniczą o uzdrowienie, o którą zostałem poproszony. Ludzie rozproszeni po kościele, więc trochę nie do końca prawidłowo oceniłem ich liczbę. Postanowiłem więc modlić się krótka chwilkę nad każdym z nich. Wydawało mi się, że potrwa to pół godziny, potrwało dwie. Było pewnie około 70 osób. Ten wieczór był najlepszym dowodem, że Pan Bóg działa w słabości. Byłem bardzo zmęczony. Tak bardzo, że pod koniec nie wiedziałem już co mówię. Ale modliłem się nad chorobami w autorytecie Jezusa, dużo też modliłem się w językach… Nabożeństwo skończyło się grubo po północy… A dziś…

Przyszedł do mnie pewien człowiek z żoną. Zapamiętałem go, bo w sobotę ledwo do mnie doszedł. Potężne bóle w kolanach i biodrach mu to niemal uniemożliwiały. Dziś ten człowiek nie do poznania. Uśmiechnięty, bo nie boli. Od sobotniego wieczoru chodzi swobodnie. Przyszli zapytać czy jutro mogą przywieźć swoją ciężko chorą wnuczkę. Zaraz po nich weszła kobieta, która miała guza w uchu. Ją też pamiętam, bo położyłem jej ręce na uszy. Od soboty nie ma szumu, trzasków i pisków w uchu, nie odczuwa bólu, a wklęsłość po operacji przy dotyku wróciła całkowicie do normy. Wierzy, że jest uzdrowiona, 21 grudnia ma badania, które, jak wierzymy, tylko to potwierdzą. Bóg jest dobry i tak bardzo się cieszę, że posługuje się moją biedą…

A wczoraj spadł śnieg… Jest biało i zimno… Niby nic wielkiego, wszak grudzień i zima, ale jednak wcześniej było znacznie przyjemniej. I na spacer ciężko się wybrać, bo przecież jeśli jest tu jakiś kawałek chodnika, to nie koniecznie odśnieżony. Ale nie ma tego złego… Właśnie robi się kawa… Kocyk już czeka… Książka wraz z nim.

A nad Słowem myślę dziś o moich paraliżach. Myślę o tych wszystkich miejscach mojego życia, w których straciłem już nadzieję, że coś może się zmienić. Patrzę na wszystkie zastarzałe wady mojego życia, na wszystkie złe nawyki, na to wszystko, co przylgnęło do mnie na lata i od czego już sam nie umiem się uwolnić. Tyle prób, tyle starań i chyba na jakimś etapie przyszło zwątpienie – tu się już chyba nic nie da zmienić. Dziś trochę się jakby z tego otrząsnąłem. Te spotkania z ludźmi, którzy doznali łaski w sobotę były dla mnie dalszą częścią porannego rozmyślania. Bo jeśli Bóg może w jednej chwili zabrać ból z kolan, który niemal uniemożliwia chodzenie, to czyż nie może wyrwać mnie z mojej słabości? Może… Z pewnością może… On zna czasy i chwile. A ja wierzę… Chcę wierzyć… Postaram się wierzyć…

Z całego serca dziękuję również tym, którzy mnie „niosą do Jezusa”, wszystkim którzy się za mnie modlą, moim Margaretkom. W piątkowy wieczór odprawiłem za Was Eucharystię. Wierzę, że Wasza wiara jest dla mnie niezwykłym darem. Takim, jak dla paralityka w dzisiejszej Ewangelii wiara jego czterech przyjaciół.