Rozważania ojca Michała Nowaka


Rozważania ojca Michała Nowaka OFM Conv
Lipiec 2019
1 2 3 4 5 6 7
8 9 10 11 12 13 14
15 16 17 18 19 20 21
22 23 24 25 26 27 28
29 30 31
 
Sierpień 2019
1 2 3 4
5 6 7 8 9 10 11
12 13 14 15 16 17 18
19 20 21 22 23 24 25
26 27 28 29 30 31
 
Wrzesień 2019
1 2 3 4 5 6 7
8 9 10 11 12 13 14
15 16 17 18 19 20 21
22 23 24 25 26 27 28
29 30
 
Październik 2019
1 2 3 4 5 6
7 8 9 10 11 12 13
14 15 16 17 18 19 20
21 22 23 24 25 26 27
28 29 30 31

pęknięcie...

2015-04-24

zdj:flickr/Jim/Lic CC
(J 12,24-26)
Zaprawdę, zaprawdę, powiadam wam: Jeżeli ziarno pszenicy wpadłszy w ziemię nie obumrze, zostanie tylko samo, ale jeżeli obumrze, przynosi plon obfity. Ten, kto kocha swoje życie, traci je, a kto nienawidzi swego życia na tym świecie, zachowa je na życie wieczne. A kto by chciał Mi służyć, niech idzie na Mną, a gdzie Ja jestem, tam będzie i mój sługa. A jeśli ktoś Mi służy, uczci go mój Ojciec.

Mili Moi...
No dziś kolejny zastrzyk radosnych emocji z mojego umiłowanego katolickiego szpitala... Pani dzwoni dwa dni temu celem uzupełnienia moich danych. Pytam ją, co ze zdjęciem... Nie ma sprawy, mamy kopię twojego prawa jazdy... No, pomyślałem, jak wezmą zdjęcie z kopii... Ale niech im będzie. Dziś pani dzwoni z informacją, że plakietka gotowa. Jadę zziajany po zakupach, a pani mówi - tak bez habitu, a przecież trzeba zrobić zdjęcie? No to następnym razem... Jadę do domu, wyładowuję zakupy, wdziewam habit, wracam do szpitala, parkuję, szukam siedziby Security, która się tym zajmuję, gdzieś dwa piętra pod ziemią, nie mogę trafić, błądzę, obijam sie o wózki, łóżka, stojaki na kroplówki... Docieram wreszcie i... Uśmiechnięty czarnoskóry przyjaciel powiada, że właśnie im się maszyna popsuła do wypluwania tych plakietek... Kiedy będzie gotowa? Może jutro... Kawałek plastiku otwierający szlaban na parkingu, a ja się czuję jakbym co najmniej aplikował o stanowisko dyrektora w tym szpitalu...

Oczywiście wszystkie inne plany wzięły dziś w łeb i tych kilka zdań mojej pracy, które dziś dopisałem wcale nie poprawiły mi nastroju... Za to Słowo mnie dziś mocno pokrzepiło, uspokoiło i dodało otuchy... Ziarno wpadające w ziemię... Na początku, wyobrażam sobie, musi doświadczać dużej radości (tak obrazowo i metaforycznie), bo przecież zasuszone zaczyna absorbować wodę i pęcznieć, rosnąć, zwiększać swoją objętość... Ale kiedy to się nie kończy, kiedy pęcznieć nie przestaje, to nagle pęka... Jaki to ból! Jakie cierpienie! I nie można mu zaradzić. Nie ma wpływu na to, co się dzieje... Coś nowego się tworzy, rośnie z niego. W górę... Karmi się jego sokami, jego życiem. A ono, to pierwsze ziarno przemienia się ostatecznie w brunatną łupinę, w której już nic z poprzedniego stanu nie zostaje... Umarło... Wydało życie...

Obraz bolesny... Ale prawdziwy. Nie ma świętości bez jakiejś formy cierpienia. Świętość właśnie w niej się wykuwa, bo świętość jest życiodajna. Trzeba umrzeć samemu sobie, żeby doświadczyć życia. To jest konkret codzienności. Bo jeśli mam iść za Chrystusem wszędzie, gdzie On jest, to muszę się z Nim również wspiąć na Golgotę... Co więcej, obumierając z Nim, niekoniecznie mam dostęp do tego życia, które się z tego rodzi... Innymi słowy, nie zawsze widzę owoce tego obumierania. Czasem przede mną zakryte. Czasem rodzą się, gdy mnie juz nie ma...

Pokój... On musi towarzyszyć temu pękaniu ziarna... Jezus wie. On panuje nad wszystkim. On kocha i nie zapomina... Nawet najmniejszego ziarna... Jednego... Ostatniego... Obumarłego...