Rozważania ojca Michała Nowaka


Rozważania ojca Michała Nowaka OFM Conv
Maj 2019
1 2 3 4 5
6 7 8 9 10 11 12
13 14 15 16 17 18 19
20 21 22 23 24 25 26
27 28 29 30 31
 
Czerwiec 2019
1 2
3 4 5 6 7 8 9
10 11 12 13 14 15 16
17 18 19 20 21 22 23
24 25 26 27 28 29 30
 
Lipiec 2019
1 2 3 4 5 6 7
8 9 10 11 12 13 14
15 16 17 18 19 20 21
22 23 24 25 26 27 28
29 30 31
 
Sierpień 2019
1 2 3 4
5 6 7 8 9 10 11
12 13 14 15 16 17 18
19 20 21 22 23 24 25
26 27 28 29 30 31

On żyje!!!

2015-04-05


zdj:flickr/Waiting For The Word/Lic CC
(Mk 16,1-8)
Po upływie szabatu Maria Magdalena, Maria, matka Jakuba, i Salome nakupiły wonności, żeby pójść namaścić Jezusa. Wczesnym rankiem w pierwszy dzień tygodnia przyszły do grobu, gdy słońce wzeszło. A mówiły między sobą: Kto nam odsunie kamień od wejścia do grobu? Gdy jednak spojrzały, zauważyły, że kamień był już odsunięty, a był bardzo duży. Weszły więc do grobu i ujrzały młodzieńca, siedzącego po prawej stronie, ubranego w białą szatę; i bardzo się przestraszyły. Lecz on rzekł do nich: Nie bójcie się! Szukacie Jezusa z Nazaretu, ukrzyżowanego; powstał, nie ma Go tu. Oto miejsce, gdzie Go złożyli. Lecz idźcie, powiedzcie Jego uczniom i Piotrowi: Idzie przed wami do Galilei, tam Go ujrzycie, jak wam powiedział. One wyszły i uciekły od grobu; ogarnęło je bowiem zdumienie i przestrach. Nikomu też nic nie oznajmiły, bo się bały.

Mili Moi...
Wczoraj udało mi sie zrobić coś, o czym marzyłem latami... Usiąść przed Jezusem w "Ciemnicy" i przemedytować Jego mękę. Bez pośpiechu i bez konieczności myślenia o tym, co za chwilę. Rano dał mi Pan Bóg tę szansę, za co mu jestem bardzo wdzięczny. Najbardziej uderzyły mnie słowa - Poza Cezarem nie mamy króla i one stały się kanwą dla wieczornej homilii. Po medytacji jeszcze dwie godziny spowiadania i wszystkie przygotowania do liturgii, które zwykle w parafiach czynią zakrystianie... Tu, na misjach, musimy sobie wszystko przygotować sami... Pierwsza liturgia, po angielsku, miała miejsce o 15.00. Ta po polsku o 19.00. Cieszy bardzo liczny udział naszych wiernych. Proboszcz powiada, że większy, niż zwykle. Znakiem tego łaska przedziera się gdzieś do serc... Padłem wieczorem wyczerpany...

A dziś rano po krótkiej modlitwie wyprawa na egzamin... Wszak dziś "jazda". Naczekaliśmy się nieco (bo sam nie mogłem jechać, tylko z jakimś doświadczonym posiadaczem prawa jazdy - to przewiduje status ucznia, którym do dzisiaj się cieszyłem). Wreszcie przyszła czarnoskóra piękność, która rozpoczęła egzamin od komentarza - ale w tym samochodzie pięknie pachnie... Musze przyznać, że większość dam o tym kolorze skóry, jest bardzo wrażliwa na zapachy i zwykle dość śmiało swoje odczucia w tym względzie komunikują. Niejeden raz mi się to już zdarzyło... W każdym razie pojechaliśmy. Ruch umiarkowany... Krótka rozgrzewka, dwa "STOPY", a potem ślepa uliczka i zawracanie na trzy razy... Skręć w lewo i zaparkuj równolegle za tym samochodem... Masz trzy próby... Przy pierwszym najeździe kołem na krawężnik usłyszałem złowieszcze "one"... Ale za drugim razem już bezbłędnie... No to dalej. Kilka kolejnych skrzyżowań i komenda "wjedź na parking", a zaraz po niej - "zaparkuj tyłem w dowolnym miejscu". Tym razem za pierwszym razem się udało... Moja towarzyszka, jak na wytrawnego egzaminatora przystało, po każdym parkowaniu otwierała drzwi i sprawdzała, czy mieszczę się w liniach, jak daleko jestem od krawężnika... No i po krótkiej naszej przejażdżce dotarliśmy do miejsca, z którego wyruszyliśmy... Kilka ciepłych słów, 72 dolary, zdjęcie i... wyszedłem z kawałkiem plastiku upoważniającym mnie do bezpiecznej jazdy po USA.

Tuż po powrocie święcenie pokarmów no i namysł nad homiliami na dziś i na jutro, bo to mnie przypadła radość ich wygłoszenia. Nadto wszelkie przygotowania techniczne, które sprawiają, że na godzinę przed liturgią już jestem mocno padnięty, a wszystko, co najpiękniejsze dopiero przed nami...

A one wyszły i uciekły... Nikomu też nic nie powiedziały... No nie, tak Ewangelia nie mogła się skończyć... I z pewnością się nie skończyła, bo od tego pierwszego świadectwa, które dały niewiasty zaczęła się wielka historia, która trwa do dziś... Tak próbuję dziś w minimalnym chociaż stopniu ogarnąć całe bogactwo tego przepięknego drzewa, które wyrosło z ziarna ukrytego w ziemi, ziarna, które obumarło. I przytłacza mnie to. Ten ogrom miłości Bożej wcielonej w ten świat, miłości, która pokonała ciemności grzechu i śmierci i przywróciła nadzieję, która graniczy z pewnością. Nie umrzemy! Nie ma śmierci! To, co nią nazywamy, jest, jak powiadał w XIII wieku święty Franciszek, "siostrą naszą", która przeprowadza nas do Ojca... Ogrom zdumienia kobiet przy pustym grobie udziela mi się dzisiaj... No bo cóż można wyrazić słowami, kiedy dokonuje się niewyrażalne...

Jezus Żyje!!! I nic innego się dziś nie liczy...