Rozważania ojca Michała Nowaka


Rozważania ojca Michała Nowaka OFM Conv
Wrzesień 2018
1 2
3 4 5 6 7 8 9
10 11 12 13 14 15 16
17 18 19 20 21 22 23
24 25 26 27 28 29 30
 
Październik 2018
1 2 3 4 5 6 7
8 9 10 11 12 13 14
15 16 17 18 19 20 21
22 23 24 25 26 27 28
29 30 31
 
Listopad 2018
1 2 3 4
5 6 7 8 9 10 11
12 13 14 15 16 17 18
19 20 21 22 23 24 25
26 27 28 29 30
 
Grudzień 2018
1 2
3 4 5 6 7 8 9
10 11 12 13 14 15 16
17 18 19 20 21 22 23
24 25 26 27 28 29 30
31

narracyjnie...

2013-01-09

  

zdj.za:http://jennimerritt.blogspot.com/2010_10_01_archive.html

Mili Moi...

Ufff... Właściwie mogę powiedzieć, że tydzień się zakończył. Trudny był ten powrót tylko i wyłącznie z jednego powodu - z powodu mojego lenistwa, które zadecydowało o tym, że w okresie świątecznym w domu nie zrobiłem nic... A zadane było... Przede wszystkim musiałem stworzyć homilię narracyjną, co domagało się ode mnie odrobiny wzmożonego wysiłku intelektualnego, bo najważniejszy jest pomysł. A po wtóre, miałem sporo zadań z angielskiego, a nic nie ruszyłem. Dziś natomiast był test, więc żeby się tak całkiem nie zbłaźnić, starałem się nieco przysiąść. Choć i tak, jak zwykle, niewiele to dało 🙂

 

Ta homilia narracyjna, to w ogóle ciekawe zjawisko. Taka homilia w formie opowiadania. Nie sądzę, żebyście za często spotykali coś takiego w waszych kościołach, więc pozwolę sobie zamieścić moją propozycję, którą dziś oddałem profesorowi. Jest oczywiście bardzo długa, ale kto wytrwa do końca, ten... wiadomo 🙂 Opowieść dotyczy uczniów uciekających do Emaus...

 

Być może budujesz już swoje życie z Jezusem od lat, być może postawiłeś na Niego i jak dotąd nie doświadczyłeś żadnych poważniejszych tąpnięć. A być może idziesz od kryzysu do kryzysu, nie bardzo mogąc zrozumieć, dlaczego takie rzeczy przytrafiają się właśnie tobie, człowiekowi, który postawił swoje życie na Bogu, związał je z Nim i się stara… A może… już od dawna tkwisz w bierności, w odrętwieniu duchowym i zupełnie nie wiesz jak się z tym uporać.

To tylko różne możliwości, być może któraś jest trafiona, a być może nie. Jedno jest pewne – prędzej czy później możesz doświadczyć wielkich trudności w swojej wierze i znajdziesz się w sytuacji, z której nie będziesz umiał wyjść. Pozwól więc, że opowiem ci naszą historię, bo być może kiedyś ona okaże się pomocą również dla ciebie.

 

Było jeszcze ciemno, kiedy wraz z Kleofasem podjęliśmy decyzję o opuszczeniu miasta. Wybacz, że nie przedstawiam ci się z imienia, ale skoro Łukasz napisał o mnie jako o anonimowym uczniu, to niech już tak zostanie. Być może uczynił to właśnie po to, abyś mógł samego siebie "wpisać" w tę historię. Te poranne ciemności, o których wspominałem były dla nas swoistą kryjówką. Żebyś mógł sobie wyobrazić jak bardzo się baliśmy! Przecież dwa dni temu... Drżę jeszcze na samo wspomnienie tego, co widzieliśmy. Przecież dwa dni temu zabili Go, zabili Jezusa! Z tak wielkim okrucieństwem obchodzili się z Nim! Jemu już nie mogliśmy w żaden sposób pomóc, ale sobie... Chcieliśmy uciec, uratować swoje życie. Tak zupełnie po ludzku to było pewnie całkiem zrozumiałe. Myśleliśmy, że przeczekamy u naszych przyjaciół we wsi Emaus. A może jakoś wszystko samo się ułoży. Ciemności były nam potrzebne, aby się przygotować. Nikt nie wiedział, że opuszczamy miasto, nikt nie miał wiedzieć w jaką stronę się udajemy. Może myślisz, że byliśmy tchórzami, ale nie sądź nas zbyt pochopnie. Runął nam cały świat! Przecież myśmy wszystko postawili na Jezusa! Opuściliśmy nasze domy, rodziny, miejsca pracy wierząc, że to On jest tym Mesjaszem, na którego czeka Izrael. Myśmy się spodziewali... Ale nie uprzedzajmy faktów...

 

Kiedy dziś, z perspektywy czasu patrzę na tę naszą ucieczkę, to zauważam, że wszystko było niezwykle symboliczne. Zaczęliśmy się oddalać od centrum życia duchowego. Wszak Jerozolima to serce Izraela, miasto pokoju, miejsce święte. Ale wówczas o tym nie myśleliśmy. Dla nas było to miejsce przeklęte, miejsce Jego i naszej porażki, miejsce, w którym na pewno nie mogło nas czekać nic dobrego. Pamiętam, kiedy z Jezusem szliśmy w dokładnie przeciwnym kierunku, kiedy zbliżaliśmy sie do miasta. Wtedy byliśmy tak podekscytowani, wtedy wszystko wydawało się zapowiadać zwycięstwo. Te płaszcze, te palmy w dłoniach, śpiew "Hosanna". Czekaliśmy na triumf... On był w tej drodze tak bardzo konsekwentny, mimo tego, że wiedział, co Go tam czeka. Myśmy nie do końca zdawali sobie z tego sprawę. Jak bardzo był osamotniony. Tego dnia, kiedy opuściliśmy Jerozolimę to my jednak byliśmy bardzo samotni. Nie wiem jakich słów użyć, aby dokładnie opisać nasz stan. Wszystkie wydają mi się zbyt słabe, zbyt miałkie, niewystarczające. Smutek, przygnębienie, bierność, marazm... Cóż one znaczą? Przede wszystkim nie było już Jego i właśnie dlatego Jerozolima zostawała coraz bardziej w tyle, a my biegliśmy szybko, nawet się nie odwracając, jakbyśmy bali się pościgu, jakbyśmy obawiali się, że tuż za nami wyruszyła straż świątynna, która ma dopełnić zemsty na Jego zwolennikach. Lęk. To pamiętam bardzo dobrze. W życiu się tak nie bałem jak tego poranka.

 

Nie pamiętam już kto zaczął tę rozmowę, ale kiedy oddaliliśmy się już na bezpieczną odległość, kiedy upewniliśmy się, że nikt nie może nas już usłyszeć, zaczęliśmy dyskutować. O czym? To chyba oczywiste... Próbowaliśmy siebie jakoś wzajemnie przekonać, że te trzy lata spędzone u Jego boku nie były czasem zmarnowanym. Im bardziej się staraliśmy, tym wyraźniej słyszeliśmy oskarżenia Arcykapłanów i tłumu - przeklęty każdy, kto zawieszony na drzewie; bluźnił przeciwko świątyni; krew Jego na nas i na nasze dzieci... Te słowa wracały w naszej pamięci i nieustannie cisnęły się na usta. Nie rozumieliśmy. I w tym niezrozumieniu zaczęliśmy się naprawdę kłócić. Nie bez przyczyny Łukasz opisując tę naszą historię użył greckiego słowa "antiballein". Oznacza ono: przekonywać z siłą o swoich racjach, ciskać słowami w drugiego. Wszystkie, skrywane dotąd emocje, znalazły wówczas ujście. Byliśmy tak zajęci naszą rozmową, że nie dostrzegliśmy wcale, iż od jakiegoś czasu towarzyszy nam w pewnej odległości jakiś inny wędrowiec.

 

Kiedy do nas podszedł było już za późno. Musiał zauważyć nasz spór, bo bez zbędnych ceregieli zapytał nas o czym tak zawzięcie dyskutujemy. To pytanie było tak zaskakujące, że aż zatrzymaliśmy się osłupiali. Ani nie pytał dokąd idziemy, ani po co. Nie wyraził też żadnego grzecznościowego pozdrowienia. Kleofas nie wytrzymał i niemal wykrzyknął - ty chyba jesteś jedynym, który nie wie, co stało się w tych dniach w Jerozolimie. Zaniepokoiłem się nieco. Wszak to był zupełnie obcy wędrowiec, a  w tym pytaniu było tyle naszych emocji, cały nasz ból i smutek. Ale ów wędrowiec ani się nie obraził, ani nie skulił się z bólu rażony naszą nieco grubiańską odpowiedzią. Wręcz przeciwnie, dopytywał cóż takiego się tam stało. Wtedy zaczęliśmy mówić razem, nieco chaotycznie i trochę nieskładnie, ale nie umieliśmy wówczas o tym mówić. Dziś widzę to bardzo jasno. Nasza opowieść o "sprawie Jezusa" była bardzo wybiórcza, niekompletna, nie potrafiliśmy związać faktów w jedną całość. Nazwałbym ją takim "kerygmatem do połowy". Zatrzymaliśmy się w naszej opowieści na Jego śmierci i tylko to negatywne przesłanie wypełniało nasze serce. Tym właściwie karmiliśmy się od początku naszej wspólnej drogi. Byliśmy niejako zahipnotyzowani bólem. Dziś już wiem, że kerygmat opowiedziany do połowy nie jest nigdy źródłem nadziei, a Dobra Nowina o Jezusie, która kończy się informacją o Jego śmierci, wcale nie jest dobrą nowiną. Ale wówczas tak nie myślałem. Błysnęło wprawdzie po chwili jakieś światełko nadziei, ale tak szybko jak je zapaliliśmy, tak szybko przygasło za przyczyną jednego małego słówka. Tym słówkiem było "ale". Dodaliśmy bowiem do naszej historii opowieść o kobietach, które wprawdzie były u grobu, wprawdzie twierdziły, że miały widzenie aniołów, ale... No właśnie - ale Jego nie widziały. Te wiadomości właściwie tylko przyspieszyły naszą decyzję o ucieczce. Wszystko to było takie zatrważające. Nie mieściło się w głowie. Schowaliśmy się za tym słówkiem "ale". Teraz wiem, że to było łatwiejsze, niż uwierzyć. Tak. Ów wędrowiec zastał nas w stanie niewiary. Przeżycia ostatnich dni uczyniły z nas ludzi niewierzących. Z niedowierzaniem o tym mówię, ale tak właśnie było. Cały ogrom naszego zawodu wyraziliśmy słowami - a myśmy się spodziewali...

 

To, co nastąpiło później, było bardzo dziwne. Nasz towarzysz podróży, kiedy już pozwolił nam wypowiedzieć wszystkie te trudne słowa, sam odezwał się do nas. Jego słowa były mocne i twarde. Kojarzą mi się dziś z uderzeniem młota o twardą skałę. Ale takie właśnie były nasze serca - twarde i zasklepione w swoim bólu. O nierozumni - powiedział - jak opieszałe są wasze serca, jak nieskore do wierzenia we wszystko, co prorocy powiedzieli o Mesjaszu. Czyż nie miał cierpieć? I zaczął mówić dalej... Ale jak mówił... Sam nie wiem jak to opisać, ale kiedy przywoływał tak dobrze nam przecież znane, biblijne zapowiedzi Mesjasza, kiedy tłumaczył zamysł Jahwe, kiedy wyjaśniał nam Pisma, coś dziwnego zaczęło się dziać w naszych sercach. Łukasz określi to słowami "serca pałały w nas". Tak, chyba tak... Zaczęliśmy bardzo powoli dostrzegać, że ta koszmarna śmierć wcale nie musi zaprzeczać prawdzie o mesjańskiej godności Jezusa, że wcale nie podważa ona Jego słów. Nagle zdaliśmy sobie sprawę, że przecież On sam mówił do nas podobnie, On sam wielokrotnie zapowiadał, że to musi się stać. Zaczęliśmy przypominać sobie słowa Jezusa, nagle robiło się ich coraz więcej i więcej, a wszystko stawało się coraz jaśniejsze. Bo jeśli prawdą jest to, co mówi ten wędrowiec, to być może i nasze życie nie runęło, być może się nie skończyło wraz z Jego śmiercią, być może... Boże... czy to możliwe? Być może i inne słowa Rabbiego były prawdziwe. Może również te o zmartwychwstaniu! Nasze ociemniałe od cierpienia oczy zaczynały widzieć na nowo. Docierała do nas powoli świadomość, że ulegliśmy niebezpiecznej tendencji ludzkiego serca, które w chwilach cierpienia zdaje się zupełnie zapominać o dotychczasowym działaniu Boga. Tak jakby liczyło się tylko tu i teraz, a nie było żadnego "dawniej", jakby nie było żadnej historii. Natychmiast przyszły nam na myśl wszystkie te cudowne chwile, które spędziliśmy z Jezusem. Nagle przypomniało nam się tak wiele Jego słów!

 

Cierpliwy był ów wędrowiec. Nie złościł się na nas, ale mówił, mówił, mówił. Mamy takie stare przysłowie rabinów - ludzie są w stanie usłyszeć tylko to, co są gotowi usłyszeć. Każdy z nas miał wrażenie, jakby nasz rozmówca mówił tylko i wyłącznie do niego, jakby cały świat się zatrzymał. Nic więc dziwnego, że nawet nie zauważyliśmy, kiedy wspólnie dotarliśmy na miejsce. Kiedy zaczął się z nami żegnać, my wcale nie mieliśmy ochoty przestać go słuchać. Czuliśmy się dobrze w jego towarzystwie i wręcz przymusiliśmy go, żeby został z nami. Zasiedliśmy do posiłku wieczornego w prostej izbie, a jego poprosiliśmy o poprowadzenie modlitwy. Wszak było to święte prawo gościa. Kiedy się modlił, a potem łamał chleb i dawał nam, miałem przemożne doświadczenie, że już kiedyś byłem świadkiem podobnej sceny. Zanim skończył, ja już wiedziałem. Podobnie uczynił Jezus, kiedy kilkoma rybami i małymi chlebkami nakarmił tysiące. Byłem tam! Widziałem! Kiedy wstrząśnięty chciałem się tym podzielić, opowiedzieć o tym... On zniknął! Ojcze Niebieski!!! To był ON!!!

 

Kiedy ochłonęliśmy z pierwszego wrażenia, zaczęliśmy z przejęciem dzielić się swoimi uczuciami. Jakże inna to była rozmowa, niż ta u początku naszej podróży! Wiedzieliśmy już wszystko. On zmartwychwstał!!! On żyje!!! Ta świadomość nie pozwoliła nam zostać w Emaus. Nawet nocna pora nie była dla nas przeszkodą. Dla nas dzień jakby się właśnie zaczął. Nie bez przyczyny Łukasz napisze "anastantes" - powstali. Tak, to jest to samo słowo, którego używa mówiąc o zmartwychwstaniu. To było dla nas prawdziwe zmartwychwstanie!

 

Kiedy wróciliśmy do Jerozolimy, prawie świtało. Zastaliśmy innych uczniów poruszonych faktami. Wcale nie byli zdziwieni, kiedy opowiedzieliśmy im o tym, co nam się przydarzyło. Nie mogliśmy przestać o tym rozmawiać. Nikt nie myślał o spoczynku. Czuliśmy wyraźnie, że uczestniczymy w czymś tak wielkim, że rozum tego pojąć nie zdoła, a słowo do końca wyrazić. To był naprawdę nowy początek. Zupełnie nowy dzień. Tak różny od tego, który właśnie się skończył.

 

Ale czas już chyba, żebym wyraźniej powiedział ci dlaczego właściwie ci o tym wszystkim opowiadam. Otóż jak wspominałem, doświadczamy niejednokrotnie takich murów w naszym życiu, których nie sposób ani przeskoczyć, ani obejść. Bywa, że czujemy się jak spękana cysterna, z której wypływa wszelkie życie. Towarzyszy temu często ogromny lęk, który ma tendencję nie tylko do paraliżowania i wprowadzania w bierność, ale nade wszystko zaczyna blokować wszelkie inne uczucia. Człowiek, który czuje wielki lęk, zwykle nie jest zdolny czuć niczego poza nim. Nie doświadcza żadnych innych uczuć.

 

Gdzie w takich sytuacjach szukać ratunku, żeby nie wejść w depresję, w desperację i nie dotknąć dna rozpaczy? Co zrobić, żeby nie utracić wiary i swoją niewiarą, czy zwątpieniem nie niszczyć wiary innych?

 

Odpowiedź ukryta jest w powyższej historii. Jezus interweniuje, Jezus towarzyszy twojemu życiu. I On obmyślił bardzo proste sposoby przychodzenia do twojej codzienności.

 

Pierwszy z nich to Jego Słowo. Do codziennego czytania, do oświetlania twoich sytuacji, twojego życia Słowem bardzo, ale to bardzo cię zachęcam. To takie proste dziś, kiedy wszystko jest spisane, kiedy Pismo Święte jest dostępne dla wszystkich. Niektórzy mówią, że Słowo dobrze robi na oczy. Pozwala dostrzec, że w twoim życiu jest nie tylko krzyż i cierpienie, ale jest cały ogrom Bożego błogosławieństwa. Objawia, że z twoją małą historią życia uczestniczysz w tej wielkiej historii zbawienia i jesteś dla niej istotny. Słowo ciebie "czyta", a więc interpretuje twoje życie, pokazuje ci każdego dnia na nowo jego najgłębszy sens i znaczenie, zawsze w odniesieniu do Boga. Słowo to najlepsza pigułka lecząca wszystkie twoje choroby. Żywy Jezus chce do ciebie mówić każdego dnia i, co więcej, zachęca cię, abyś również mówił do Niego. Przed Nim możesz wypowiedzieć bezpiecznie nawet najtrudniejsze doświadczenia, czy uczucia, cały swój zawód, rozczarowanie. Jemu możesz opowiedzieć o swoich klęskach i oczekiwaniach, których nikt nie mógł spełnić. A On się na ciebie nie obrazi. A Jego twoje słowa nie zranią i nie skrzywdzą.

 

Po wtóre – sakrament. Oczywiście ten często powtarzalny, w którym obecność Jezusa jest tak namacalna, który działa na twoje zmysły. O Eucharystii mowa. I teraz moje prowokacyjne pytanie – dlaczego nie korzystasz z niej codziennie? Przecież to jest możliwe!!! Pamiętasz, w jakich okolicznościach dokonało się nasze uzdrowienie?  Pamiętasz kiedy dokładnie rozpoznaliśmy Jezusa? Tak, właśnie podczas łamania chleba. Takiego samego, w jakim dziś, tu uczestniczysz. Nie ma bardziej uprzywilejowanego miejsca objawiania się Boga! Na twoich oczach dokonuje się wszystko, o czym ci dziś opowiedziałem. Cała ta tajemnica. To jest cudowne miejsce leczenia ludzkiego serca. Proszę cię, nie marnuj żadnej okazji, nie strać żadnej szansy na to nadzwyczajne spotkanie. Przemiany, której w tym spotkaniu doświadczysz, nie da się z niczym porównać.

 

A lęk? W moim życiu ze Zmartwychwstałym Jezusem nie było już dla niego miejsca... W twoim życiu naprawdę może być podobnie.

 

Dziś na medytacji Pan zwrócił moją uwagę na przeciwny wiatr, który towarzyszy przeprawie uczniów na drugą stronę jeziora. Oni byli już bardzo zmęczeni, oni powoli tracili nadzieję. Tak pochłonięci byli swoimi przygnębiającymi myślami, że postać na wodzie w pierwszym odruchu potraktowali jako zjawę. A Jezus, który doskonale widział z góry ich wysiłek, którego oczom nie umknęło nic z ich trudu, pokazał im bardzo wyraźnie, że całkowicie panuje nad sytuacją. Zarówno tą ich, życiową, jak i tą zewnętrzną, która ich po prostu mocno wystraszyła.

 

Myślę sobie, że tak jak dla mnie, dal niektórych przynajmniej z czytających te słowa, to stwierdzenie Jezusa - odwagi, nie bójcie się, to ja jestem... może być naprawdę bardzo znaczące. Właśnie wtedy, kiedy po ludzku znika nadzieja, właśnie wówczas, gdy nasze ludzkie wysiłki zdają się tracić sens, właśnie w tej chwili, kiedy pojawia się pokusa, żeby się poddać, bo lęk osłabia nie tylko wolę, ale i mięśnie, właśnie wtedy On przychodzi. Objawia się w całej swojej potędze, jako Pan całego stworzenia. I wówczas na ten lęk, który do tej pory był dominujący, robi się drastycznie mało miejsca. I wówczas pojawia się pokój, bo kolejna burza i przeciwny wiatr musiały ulec Temu, który panuje...

 Poczułem się bezpiecznie dziś w obecności Jezusa. Tym ważniejsze to dla mnie, że od kilku dni proszę Go, aby dał mi taki znak swojej bliskości i obecności, bo różne wydarzenia tym moim spokojem wewnętrznym nieco zachwiały. Może nie czułem się jeszcze jak ci uczniowie w łodzi, ale... Jezus jest niezawodny. I reaguje zawsze o czasie. Nie spóźnia się...