Rozważania ojca Michała Nowaka


Rozważania ojca Michała Nowaka OFM Conv
Luty 2018
1 2 3 4
5 6 7 8 9 10 11
12 13 14 15 16 17 18
19 20 21 22 23 24 25
26 27 28
 
Marzec 2018
1 2 3 4
5 6 7 8 9 10 11
12 13 14 15 16 17 18
19 20 21 22 23 24 25
26 27 28 29 30 31
 
Kwiecień 2018
1 2 3 4 5 6 7
8 9 10 11 12 13 14
15 16 17 18 19 20 21
22 23 24 25 26 27 28
29 30
 
Maj 2018
1 2 3 4 5 6
7 8 9 10 11 12 13
14 15 16 17 18 19 20
21 22 23 24 25 26 27
28 29 30 31

piękne zamki z mgły budowane...

2012-11-27

 zdj. za:http://blogiceo.nq.pl/162miejscaktrewarto/2012/05/07/basniowy-zamek/

 

Mili Moi...

Właśnie wróciłem z wykładów, ale jakoś jeszcze na mordkę nie padam 🙂 Zniosłem nasz najbardziej męczący dzień nadspodziewanie dobrze i mam jeszcze nawet nieco energii na poczytanie jakiejś sensownej książeczki... Dziś kilka nowych nadeszło. Moje ostatnie pasje literackie to Thomas Merton, który ma niesamowicie świeże spostrzeżenia, i w którym się rozczytuję. No i odkryciem jest Eric Emmanuel Schmitt (ten od Oskara i pani Róży). Po zbiorze jego opowiadań zapragnąłem więcej, więc dziś kolejna pozycja zagościła na półce... Ale na dzisiejszy wieczór planuje Pisma o. Maksymiliana Kolbego. To są tysiące stron przez które muszę się przedrzeć, żeby jakoś się określić co do ewentualnego tematu rozprawy doktorskiej, bo właśnie chyba naszego o. Maksymiliana będzie ona dotyczyła. A każde kolejne seminarium naukowe mobilizuje mnie do pracy (niestety tylko na kilka dni) 🙁

 Ale wczoraj za to miałem dwa miłe doświadczenia. Otóż moje zajęcia angielskiego odbywają się w Centrum Kształcenia Obcokrajowców przy Uniwersytecie Marii C. Skłodowskiej. Kiedy wczoraj tam dotarłem, minąłem na korytarzu grupę młodzieży. Jedno z dziewcząt, urocze zresztą, powiedziało do mnie "Szczęść Boże' z wyraźnie wschodnim akcentem. Ale po chwili owa Boża dusza dodała - czy tu będzie teraz jakaś katecheza? Musiałem ją rozczarować. Ale sam w duchu się ucieszyłem, że są jeszcze tacy ludzie, dla których widok księdza może oznaczać jakąś szansę na strawę duchową, którzy tego właśnie szukają i to do tego stopnia, że nie boja się pytać. Dla mnie to jakiś piękny obraz i świadectwo wiary tej młodej kobiety.

Tuż po rozpoczęciu naszych zajęć natomiast postanowiłem wręczyć moim współkursantom papieskie różańce, które otrzymałem od sióstr prezentek w Watykanie, aby je rozdać. Ucieszyłem się, bo stwierdziłem, że to będzie dobra pamiątka z Rzymu dla tych, których jakoś tam już zdążyłem polubić. Ale tak naprawdę ich nie znam. Nie wiem czy są ludźmi wierzącymi, czy są w jakiejś mierze religijni. Ale postanowiłem zaryzykować i po wstępie, który brzmiał właśnie w ten sposób, że nie wiem o nich nic, ale nie chciałem im przywozić długopisu w kolorach włoskiej flagi, postanowiłem im podarować te szczególne różańce, a oni mają z nimi zrobić to, co wyda im się słuszne. I byłem bardzo zaskoczony, bo okazało się, że wszyscy się szczerze ucieszyli, a nawet pojawiły sie pytania czy są one na pewno poświęcone. Jak się okazało, już nie pierwszy zresztą raz, obawy w takich sytuacjach są zwykle grubo przesadzone.

Oczywiście rozbawiła mnie również nasza lektorka już zupełnie inną sprawą. Mianowicie umówiła się z grupą na test z dotychczasowego materiału, który odbędzie się w najbliższy poniedziałek. Odwlekła go nieco ze względu na mnie, bo byłem nieobecny w minionym tygodniu. Podziękowałem grzecznie, ale stwierdziłem, że prawdopodobnie w poniedziałek napisze go tak samo dobrze, jak uczyniłbym to wczoraj. Ja miałem na myśli raczej moją tępotę, ale zostało to wzięte za wyraz pewności siebie i przekonania o własnej wartości. No w każdym razie wyszło wesoło.

A poza tym wszystkim przygotowuję się do wyjazdu do Gdańska. A będzie on niesamowicie intensywny, ponieważ w najbliższy piątek popołudniowo wieczorne spotkanie ze wspólnotą Odnowy w Duchu Świętym Effatha w Gdańsku - modlitwa, Eucharystia, katecheza o modlitwie wstawienniczej. W sobotę skupienie dla gdańskich przyjaciół (już powoli lądujemy z naszymi rekolekcjami), a wieczorem jeszcze skupienie dla sióstr franciszkanek. A w niedzielę całodzienna podróż powrotna. Będzie się działo i mam nadzieję, że Duch Święty mnie wspomoże i podołam...

Dziś natomiast myśląc nad Słowem stwierdziłem, że jednak trochę mnie niepokoi myśl o końcu świata, ale chyba w najbardziej absurdalnym kontekście z możliwych. No bo jest jeszcze tyle rzeczy do zrobienia, to znaczy tyle dobrych rzeczy, które chciałbym zrobić. A czy zdążę? Tylko jakie to ma znaczenie? Choćby najlepsze działania w imię Jezusa i dla Jezusa tracą jakiekolwiek znaczenie w chwili, gdy On zdecyduję się przyjść, bo przecież wszystkie te działania, te dobre działania, mają do tego przyjścia podprowadzać, mają na to przyjście Pana przygotowywać, mają uzdalniać nas do czuwania. Jakbym trochę o tym zapomniał. Jakby samo działanie było ważne, jakby stawało się celem samym w sobie. No bo jak wyobrazić sobie swoje własne życie bez działania...

Całe moje skupienie na sobie samym wylazło i Pan zaprosił mnie do tego, żebym pozwolił zburzyć w sobie tę świątynię, którą tak pieczołowicie pielęgnuję od lat - świątynie moich własnych wyobrażeń o sobie, moich własnych planów, idei i przekonań. Zaiste piękna to świątynia. Ale nie może zostać kamień na kamieniu. Musi być doszczętnie zburzona, bo daje pozorne tylko poczucie bezpieczeństwa, bo jest iluzją, bo cieszy oko, ale jest pusta w środku - nie mieszka tam Bóg. Mieszka tam ojciec Michał, któremu się wydaje, że jego własne wysiłki wprowadzą Boga do środka i zmuszą Go do zamieszkania w tej pięknej świątyni. Nic z tego. Jezus mówi - to musi być zniszczone. Próżny zachwyt, bo to się nie ostoi. Piękne to jest, ale tak samo jak piękne, tak i niebezpieczne, bo odwraca wzrok od niepozornego Boga, Boga, który nie ma gdzie głowy skłonić, Boga, którego w tej dziedzinie lisy mające nory i ptaki posiadające gniazda wyprzedzają...  Tej świątyni na imię pycha...  A walczy się z nią w jeden sposób - poprzez upokorzenie. Innymi słowy - poprzez burzenie misternie budowanych iluzji... No to do dzieła...