Rozważania ojca Michała Nowaka


Rozważania ojca Michała Nowaka OFM Conv
Luty 2018
1 2 3 4
5 6 7 8 9 10 11
12 13 14 15 16 17 18
19 20 21 22 23 24 25
26 27 28
 
Marzec 2018
1 2 3 4
5 6 7 8 9 10 11
12 13 14 15 16 17 18
19 20 21 22 23 24 25
26 27 28 29 30 31
 
Kwiecień 2018
1 2 3 4 5 6 7
8 9 10 11 12 13 14
15 16 17 18 19 20 21
22 23 24 25 26 27 28
29 30
 
Maj 2018
1 2 3 4 5 6
7 8 9 10 11 12 13
14 15 16 17 18 19 20
21 22 23 24 25 26 27
28 29 30 31

a jeśli nie posłuchają?

2012-11-16

 zdj za:http://personagembiblico.blogspot.com/2011/06/noe-um-homem-justo-e-incorruptivel.html

 

Mili Moi...

No chyba mnie te studia wykończą:) Im dalej w las... Tym więcej prac domowych... 🙂 Dziś trzy godziny spędziłem na tworzeniu homilii według modelu Vrableca. Wydawało mi się, że po modelu Arensa może być już tylko lepiej, a tu... niespodzianka. Niby nie jest to trudne. Bo schemat wygląda następująco. Ma wyjść piękna homilia w której - postawimy problem (wstęp), ogłosimy Boże orędzie (kerygma), pogłębimy je teologicznie, wyjaśnimy i zinterpretujemy (didaskalia), rozpalimy serca słuchaczy, żeby im się chciało wcielić słowo w życie (parakleza), zwiążemy to słowo z liturgią, ukazując, że Pan działa dziś, tu i teraz (mistagogia) i podsumujemy wszystko (zakończenie)... Ależ mnie to zmęczyło... Ale zadanie zakończone sukcesem (oczywiście tylko w moim wyobrażeniu, bo na zajęciach na pewno profesor "miażdżarka homiletyczna" przetoczy się po tym, niczym tsunami:) Ale poprawimy i wszyscy będą szczęśliwi...

 

Dni płyną i nadszedł już czas mojej eskapady do Rzymu. Wyjeżdżam jutro do Warszawy, a w niedzielę lecę do Wiecznego Miasta, aby wygłosić trzydniowe rekolekcje Córkom Bożej Miłości, a przy okazji spotkać moich kursowych współbraci, którzy tak studiują. Pooddycham rzymskim powietrzem, poodwiedzam moich świętych przyjaciół, pomodlę się, popielgrzymuję. Mam nadzieję, że to będzie dobry czas. Oczywiście nie jestem w stanie przewidzieć dostępności łącz internetowych, więc niewykluczone, że następnym razem pojawię się tu dopiero w piątek, bo wtedy właśnie wracam do Ojczyzny. Jedno Zdrowaś mile widziane, bo o ile wiem, nie będę podróżował nowym Dreamlinerem LOTu, ale jakąś wysłużoną zapewne maszyną AlItalii. Więc, jak śpiewała pewna znana wokalistka - wszystko się może zdarzyć...

 

Z małych radości... Cieszę się, bo powoli zapełnia się kalendarz głoszenia. Dwie tury rekolekcji adwentowych i trzy tury wielkopostnych już są zapisane. Nie wiem czy będę w stanie przyjąć więcej. Chciałbym bardzo, ale wypadałoby od czasu do czasu jednak na uczelni się pojawić. Żeby więc wilk był syty, a owca cała (a przy okazji, żeby owca studiująca homiletykę nie zapomniała jak to się głosi Słowo na ambonie) zrealizuje te plany, nie oczekując już chyba na inne. Choć, w myśl wcześniejszego wpisu, zamierzam być "pod ręką":) Ehhh, gdzie te czasy, kiedy głosiło się siedem tur rekolekcji wielkopostnych? 🙂 Może jeszcze powrócą...

Dziś przeżyłem zabawną sytuację. Otóż wybrałem się do kościoła braci kapucynów, aby odprawić moją copiątkową Drogę Krzyżową. Wybrałem się bez habitu, co rzadko mi się zdarza, ale dziś było akurat konieczne. Nie zdawałem sobie sprawy, że mogę być śledzony... Przy dziesiątej stacji okazało się, że jednak... Podeszła do mnie pewna staruszka, złapała mnie za ramię wyrywając rzecz jasna z nabożnego skupienia i konspiracyjnym szeptem wyznała - to jest coś pięknego, to jest coś pięknego, żeby mężczyzna tak Drogę Krzyżową odprawiał...  Od razu spojrzałem na siebie innymi oczami... Na mężczyznę, piękne dzieło rąk Najwyższego 🙂 Ale nabożne skupienie uleciało...

 

Trochę się to wydarzenie wpisuje w kontekst dzisiejszego Słowa. O naiwności... Oczywiście nie chodzi mi o to, że owa sędziwa dama zasłużyła na takie miano, nic z tych rzeczy. Po prostu zdałem sobie sprawę, że łatwo jest przyjąć pewne założenie i nie dopuszczać do głosu innego. W moim przypadku pewnie prosta korekta faktów zdecydowanie obniżyłaby poziom zachwytu owej pani. Wystarczyłoby powiedzieć, że jestem księdzem, a mój przypadek stałby się nieskończenie mniej atrakcyjny 🙂 Ale w historii Noego i otaczających go ludzi ta korekta, mimo że nastąpiła, nie otworzyła im oczu, ani nie zmieniła ich sposobu myślenia. Choć wielokrotnie tłumaczył im swoje działania, choć wzywał i zapraszał do uwierzenia Bogu i do szczerego nawrócenia, oni pozostali głusi na jego słowa i odpowiadali mu szyderstwem i wzgardą. O nich można z pewnością powiedzieć, że okazali się naiwni, choć przecież właśnie o naiwność oskarżali Noego. Jak się okazuje, właściwy ogląd rzeczywistości jest sztuką niemałą, a zdobywają go tylko ludzie naprawdę wrażliwi i spostrzegawczy.

 

Wątpię, żeby Noe po wylądowaniu arki na suchym lądzie odczuwał jakiś wewnętrzny triumf, czy dumę z tego, że on ocalał, a inni nie. Podejrzewam go raczej o doświadczenie smutnego współczucia wobec tych wszystkich, którzy musieli zginąć poprzez swój upór i pewność siebie. Nie sądzę, żeby słowami, które cisnęły mu się na usta, było sakramentalne - a nie mówiłem?

 

Żal, ból, smutek, rozczarowanie... nie wiem jak jeszcze można opisać uczucia głosiciela, którego orędzie nie zostało przyjęte, orędzie, które nie pochodzi od niego samego, ale którego autorem jest Ktoś Nieskończenie Większy. Niewysłuchany głosiciel Bożego Słowa niesie w sobie jakieś wielkie współczucie dla tych, którzy zginą, jeśli nie zdążą posłuchać, nie dadzą się przekonać. Czasem z jakimś potwornym niezrozumieniem musi patrzeć na ich śmierć... Czasem musi płakać, jak Jezus nad Jerozolimą, nad Korozain, nad Betsaidą... Prosta korekta faktów nie wystarczyła, żarliwe wzywanie do nawrócenia nie wystarczyło, próba wskazania prawdziwego obrazu rzeczywistości spełzła na niczym... Smutno... Bywa naprawdę smutno...