Rozważania ojca Michała Nowaka


Rozważania ojca Michała Nowaka OFM Conv
Luty 2018
1 2 3 4
5 6 7 8 9 10 11
12 13 14 15 16 17 18
19 20 21 22 23 24 25
26 27 28
 
Marzec 2018
1 2 3 4
5 6 7 8 9 10 11
12 13 14 15 16 17 18
19 20 21 22 23 24 25
26 27 28 29 30 31
 
Kwiecień 2018
1 2 3 4 5 6 7
8 9 10 11 12 13 14
15 16 17 18 19 20 21
22 23 24 25 26 27 28
29 30
 
Maj 2018
1 2 3 4 5 6
7 8 9 10 11 12 13
14 15 16 17 18 19 20
21 22 23 24 25 26 27
28 29 30 31

Jezusie...

2012-10-28

zdj.za:http://wiara.wm.pl/85889,Tylko-dla-mezczyzn.html

Mili Moi...

Jeden z ulubionych moich fragmentów ewangelicznych czytamy dzisiaj (jeśli obchodzimy 30 Niedzielę Zwykłą, a nie Uroczystość Poświęcenia własnego Kościoła), mianowicie uzdrowienie niewidomego Bartymeusza.

Boże, ile myśli to Słowo we mnie rodzi, ilu uczuć dotyka, za ile strun pociąga!!! Wdzięczny Ci jestem o Panie, że dałeś mi oczy i mogę to Słowo czytać, że dałeś mi uszy i mogę Go wysłuchać, że dałeś mi sprawne nogi i mogę samodzielnie dojść do kaplicy, a moje ręce są wciąż na tyle sprawne, żeby je ku Tobie wyciągnąć... Tak szczególnie dziś zobaczyłem w Tobie Boga Współczującego... Czytam o Arcykapłanach z ludu wziętych i dla składania ofiar za lud ustanowionych. Ale przecież to Ty jesteś tym Arcykapłanem, o którym kilka wersetów wcześniej napisano, że współczujesz wszystkim naszym słabościom... Ty rozumiesz, Ty widzisz... I ten Twój wzrok znów rodzi we mnie wielką radość, bo nawet kiedy ja nie widzę, Ty widzisz zawsze... Widzisz mnie i moje pragnienia, pragnienia, które są! Nawet wtedy, kiedy wypadam z tego głównego nurtu życia, kiedy niczym Bartymeusz ląduję przy drodze, kiedy zaczynam wyciągać rękę do tych, którzy, choćby bardzo chcieli, nie mogą mi dać tego, czego potrzebuję. To właśnie wówczas, kiedy gubię kierunek, kiedy siadam zrezygnowany, kiedy obrazy przesuwają się przed moimi oczami, a ja nie umiem w nie wejść, stać się uczestnikiem życia, nie widzę - właśnie wówczas one, pragnienia stają się we mnie niemym wołaniem. Moje pragnienia, które stają sie wielkim oczekiwaniem.

Czekam... Na cud? Na godzinę mojego nawiedzenia? Na dar? Czasem sam nie wiem... Pragnienia biją we mnie niczym serce, którego nie słyszę, a przecież jest, którego nie widzę, a przecież z pewnością istnieje. Czekam... i tęsknię... i marzę... Aż nadchodzi ta chwila, którą wreszcie zauważam. Przecież tak wiele razy przechodziłeś w pobliżu. Ale czy to gwar mnie onieśmielał, czy też przekonanie, że nie można się nikomu narzucać ze swoimi pragnieniami, paraliżowały mnie, wygłuszały, spychały jeszcze bardziej na bok... Ale nie dziś... Dziś jest ten dzień. Dzień, w którym zdobywam się na odwagę, dzień, w którym pozwalam pragnieniom wybuchnąć we mnie, dzień, w którym ta niespotykana nigdzie indziej siła znajduje ujście w słowie - Jezuuuuuuuusie... !!!!!!

Sam jestem nieco oszołomiony, zdziwiony, zaskoczony jak głośno te słowa wybrzmiały. Zamilkłem trochę zakłopotany, bo jak można było się spodziewać najpierw zwrócili na mnie uwagę zawodowi zagłuszacze, odbierający wszelką nadzieję, ci, którzy są przekonani o swojej sprawności, ci którzy wszelką nieestetyczną słabość są skłonni spychać z drogi, ci, którzy "nie chcą żadnych kłopotów". Ci są zawsze gotowi do reakcji... Ale nie tym razem! Tym razem nie ulegnę. Pragnienia palą mnie od środka, wydobywają się niczym lawa z wulkanu, nikt ich nie powstrzyma... Ulituj się.... Ulituj się nade mną...  Potrzebuję Ciebie, Rabbuni, potrze... Rabbuni... ulituj... Rabbuni... Może choć te poszczególne słowa przebiją się przez gwar tłumu. Wzruszenie dławi moje gardło. Im głośniej krzyczę, tym większą mam nadzieję. Im głośniej krzyczę, tym bardziej czuję napierające na moje powieki łzy... Moje ślepe oczy chcą się zbudzić do życia. Mój wzrok jest martwy, przywalony grobowym kamieniem. Jezusie... Ten kamień jest taki ciężki. Nie mogę sam... Nie mogę...

I nagle jakiś promień, który poczułem na swojej twarzy. Rozstąpili się. I są... nareszcie są... zwiastuni nadziei - podejdź, woła cię, bądź dobrej myśli. Ludzie!!! Ludzie, jestem żebrakiem, ale nadzieją i dobrymi myślami mógłbym was wszystkich obdzielić... W którą stronę, w którą stronę mam iść, a przejdę tyle, ile będzie trzeba... Muszę, chcę, pragnę, tęsknie... Jezusie - teraz już szepczę, oddech przyspiesza... Jezusie...

Po co mi ta derka na plecach, po co mi to okrycie, po co mi ten znak mojej bezradności. To moje stare życie, znak mojej porażki, znak wyciągniętej dłoni, ale nie wobec tych, którzy mogą dla mnie cokolwiek zrobić. Nawet ów podpłomyk zakupiony za użebrane... Jakie życie on we mnie podtrzymuje? Ten płaszcz mnie wiąże, krępuje, scala z tym miejscem, którego dłużej nie chcę zajmować. Niech tam zostanie, niech będzie niemym świadkiem mojej niemocy, mojego zagubienia, niech krzyczy wobec wszystkich przechodzących - Bartymeusz, który przebywał w tym grobie zmartwychwstał, nie ma go tu... nie wróci do tego przydrożnego rowu... odzyskał życie... To się stało!!!

Podchodzę blisko... Słyszę tylko szmer rozstępujących się... kolejny rząd, jeszcze jeden... i następny... Już... Cisza... I wreszcie ów głos, który rozcina powietrze, głos, który słyszę tak wyraźnie. Słuch mam niesamowicie wyostrzony. Umiem rozpoznawać głosy ptaków, znam odgłos załadowanego wozu, umiem odczytywać emocje tych, którzy do mnie mówią. Ten głos... nieporównywalny do niczego, co znam. Mocny, a zarazem miękki, serdeczny. Dźwięczny i serdeczny... Głos, który postawił tylko jedno pytanie - co chcesz, abym ci uczynił? Jezusie... Przecież Ty wiesz... Czego innego mógłbym chcieć, czego pragnąć? Słyszę cię tak wyraźnie, spraw, abym mógł Cię również zobaczyć. Usuń ten kamień z grobu moich oczu. Wprowadź życie tam, gdzie od dawna króluje śmierć... Pozwól mi wypłakać przed tobą cały mój żal, gorycz, bezradność... Rabbuni... usłysz moją codzienną modlitwę - abym przejrzał...

Wszyscy zamilkli. Cisza... Cisza... A moje serce prawie nie bije, chociaż z pewnością jest tam, gdzie zwykle. Żyję, choć bliski jestem omdlenia. Sekundy wloką się niczym godziny. Co powie? Czy jestem godzien takiego daru? A może jestem zuchwały? Może to, o co proszę jakoś Mu ubliża? Może Go obraziłem? Boże!!! Co ja tu robię? Co to wszystko znaczy? Myślałem, że..

Idź... twoja wiara cię uzdrowiła... Wszystko... Cisza... Stawiam niepewny krok. Jeden, a potem drugi. To był prawdziwy grzmot. Nie tylko go usłyszałem, ale wręcz poczułem. Ten głaz śmierci został zniszczony. Ale co się dzieje? Jest tak jasno, że aż boli... Gdzie skierować moje oczy? Oczy... pierwszy raz to słowo nie budzi we mnie drżenia smutku, bólu niemocy. Oczy... Dotykam ich... I... widzę... Tych wszystkich wpatrzonych we mnie... Ja widzę!!! Teraz już nikt nie próbuj zagłuszyć mojego wrzasku. Ja widzęęęęęęęęęęę!!! On widzi!!! Krzyczą razem ze mną...  A ja padam Mu do nóg... Wyciągam ku Niemu swoje ręce, ale już nie w geście żebraka, ale w geście ofiary. Weź mnie, dysponuj mną, należę do Ciebie... Tyś mi wrócił życie!!! I zdaję sobie sprawę, że stoję na drodze, znów wśród ludzi, że skończył się czas mojego wygnania na pobocze, że moja ślepota minęła... I obiecuję sobie... nigdy więcej... I błogosławię  Najwyższego za moje pragnienia... One sprawiły ten dzień... One dodały mi odwagi... One poprowadziły mnie ku życiu...