Rozważania ojca Michała Nowaka


Rozważania ojca Michała Nowaka OFM Conv
Luty 2018
1 2 3 4
5 6 7 8 9 10 11
12 13 14 15 16 17 18
19 20 21 22 23 24 25
26 27 28
 
Marzec 2018
1 2 3 4
5 6 7 8 9 10 11
12 13 14 15 16 17 18
19 20 21 22 23 24 25
26 27 28 29 30 31
 
Kwiecień 2018
1 2 3 4 5 6 7
8 9 10 11 12 13 14
15 16 17 18 19 20 21
22 23 24 25 26 27 28
29 30
 
Maj 2018
1 2 3 4 5 6
7 8 9 10 11 12 13
14 15 16 17 18 19 20
21 22 23 24 25 26 27
28 29 30 31

piekło by zadrżało...

2012-10-24

 zdj.za:http://krolowarodzin.pl/index/news.php?readmore=290

Mili Moi...

Dni lecą tak szybko, że nie mogę się oswoić z tą świadomością. Dopiero wróciłem z Gdańska, a już tydzień się prawie kończy. Nie jest szczególnie obfity w wydarzenia naukowe, ponieważ większość naszych wykładowców (w zasadzie dwóch, ale wykładają po kilka przedmiotów) wyjechała do Olsztyna na sympozjum homiletyczne. Mamy więc trochę czasu, ale to właściwie tylko pozory. Znów przekonuję się, że jak nie ma przynajmniej dwóch godzin wolnego, to właściwie nie ma co siadać do poważniejszej roboty, bo niewiele się zrobi. A książek, które chciałbym przeczytać jest coraz więcej i wciąż przybywają nowe. Dziś zakupiłem kolejne dwie - "Podręcznik retoryki homiletycznej" i "Jak mówić, by nas słuchano. Psychologia pozytywnej komunikacji." No i znów na półkę, bo przecież od razu zacząć nie mogę. Tych siedem książek, które czytam na razie wystarczą. Od zawsze czytam po kilka naraz. Nieźle się to sprawdza (co prawda tylko przy założeniu, że z żadną nie zrobię dłuższej przerwy, bo potem rzeczywiście nie pamiętam o czym już czytałem:)

W każdym razie dziś drugi angielski za mną. Ciekaw jestem na ile czasu wystarczy mi zapału. Niestety do języków nigdy nie miałem talentów, ale na razie coś tam mi się chce robić i grzebię przy tym, z nadzieją, że trochę mi sie przypomni. Kiedy przyjechałem z Kanady w kwietniu, to w szale rozpoznanej konieczności zrobiłem wielkie zakupy w księgarni językowej, więc moja półka obfituje w różne pomoce. Byle mi się tylko chciało... Ale jedno przyznaję - zajęcia mijają mi bardzo szybko i się nie nudzę (nie spoglądam na zegarek), więc mam nadzieję, że będzie tak nadal...

Od dzisiejszego Słowa nie mogłem się oderwać... Dużo sobie wynotowałem. To taka moja metoda prowadzenia rozmyślania. jestem przekonany, że dużo więcej we mnie zostaje, kiedy sobie piszę, niż kiedy tylko "myślę". Zwykle najpierw przepisuję rozważany tekst, co pomaga się rzeczywiście lepiej z nim zapoznać. Robię to powoli, drukowanymi literami, bo to tekst święty. Potem zapisuje hasło - modlitwa pragnień. Badam uczucia, emocje, pragnienia, tęsknoty, które ów tekst we mnie wywołuje. Potem już jest czas na słuchanie Ducha i "pracę własną" czyli wysiłek, aby usłyszeć, co właśnie do mnie mówi dziś Pan. A potem jeszcze komentarze na ten temat, aby poszerzyć zrozumienie tekstu. Na koniec notatka, czasem całkiem długa... Zwykle mieszczę się z tym wszystkim w godzinę. Ale co za tym idzie, muszę wstać odpowiednio wcześniej. I przyznam szczerze, że odkąd budzik nastawiam na 5.40, doświadczam dużo większej energii życiowej przez zdecydowaną większość dnia. I śpiewać mi się chce i entuzjazmu do życia nie brakuje... Bo moje spotkanie z Panem wreszcie jest niespieszne, pogłębione, spokojne... Oczywiście wszystko to wynika tylko z faktu, że wreszcie "chciałbym" zastąpiłem "chcę", co oczywiście kosztuje trochę wysiłku, bo nieraz toczę dużą walkę sam ze sobą, zwłaszcza kiedy zasypiam późno... Ale jestem przekonany, że warto...

Wracając do dzisiejszego Słowa - Pn zetknął mnie na nowo z odpowiedzialnością za moje kapłaństwo. Najpierw ponownie pokazał mi ogrom swojego zaufania, bo choć oczywiście moja służba nie należy do mnie, to jednak ja jestem jej swobodnym dysponentem. Innymi słowy - nie stoi obok mnie anioł z nieba, który da mi po łapach, kiedy coś zrobię źle, wyciągnie mnie za uszy, gdy czegoś zrobić mi się nie chce, czy w jakikolwiek inny sposób natychmiast zareaguje, kiedy ja zachowam się w sposób niewłaściwy... A zatem tak wiele zależy ode mnie. I to jest związane z niezwykła odpowiedzialnością, bo można w jakichś niewyjaśnionych okolicznościach zapomnieć po co się jest księdzem. Godność przyjąć, ale obowiązków związanych z tym stanem już nie wypełniać. Myślę sobie zwłaszcza o czasie, który jest przede mną. Wszak studia to jakaś naturalna przerwa w duszpasterstwie parafialnym, ale czy w duszpasterstwie w ogóle? Niektórzy profesorowie do tego zachęcają... Zrezygnujcie ze wszystkiego, oddajcie się tylko nauce... Ale czy do tego rzeczywiście powołał mnie Pan? Żeby być studentem nie trzeba być kapłanem. To moje powołanie i o nim musze pamiętać, bo ten, komu wiele dano, spotka się z większymi wymaganiami... A dziś na nowo zobaczyłem jak wiele mi dano...

Przyznam, że pomyślałem też ogólnie o kapłanach i prosiłem Jezusa, żeby przymnożył mi miłości do nich, ponieważ na dziś mam w sercu dużo gniewu i złości. Słyszę bowiem w ostatnim czasie o wielkiej fali lenistwa, która nas, kapłanów, w sposób cudowny nie omija i zwyczajnie, po ludzku złoszczę się na tych, którzy jej ulegają. A wszystko dlatego, że nasze kościoły pełne sa ludzi, którzy jeszcze w sposób świadomy z Jezusem się nie spotkali, którzy jeszcze nie doświadczyli tak realnie i rzeczywiście Jego działania w swoim życiu. I tym ludziom trzeba pomóc i o tych ludzi trzeba zadbać. I nie mogę się w sercu zgodzić na wizję kapłaństwa w ciepłych kapciach przed telewizorkiem; na wizję kapłaństwa od 7 do 15; na wizję kapłaństwa, w którym nie chodzi już o Boga i człowieka, ale o jakąś formę świętego spokoju... Staram się dużo modlić i trochę pokutować za nas, kapłanów, zwłaszcza za tych, którzy zapomnieli po co nimi są (zawsze zaczynam od swoich grzechów - żeby nie było, że drzazgę w oku brata widzę, a belki we własnym nie), ale czynię to głownie ze względu na Boga, którego obrażamy, a nie z miłości do nich... Bo czuję raczej gniew, niż miłość i raczej złość, niż współczucie... Dlatego prosiłem Jezusa, żeby nauczył mnie kochać moich braci kapłanów, i żeby dał mi zdolność upominania ich z miłością... z wielką miłością, bo o zbyt ważne sprawy tu idzie... Nie tylko o ich zbawienie, ale również o zbawienie tych, którym służą... Nie mogę zapomnieć słów demona do Jana Marii Vianey'a - gdyby świat miał czterech takich jak ty, to piekło byłoby puste (mam nadzieję, że się nie pomyliłem, bo cytuję z pamięci). Niemniej sama świadomość, że kilku świętych księży wystarczyłoby, żeby poruszyć piekło w posadach poraża... Bo jakoś nie wydaje mi się wciąż, żeby tam drżało...