Rozważania ojca Michała Nowaka


Rozważania ojca Michała Nowaka OFM Conv
Kwiecień 2018
1 2 3 4 5 6 7
8 9 10 11 12 13 14
15 16 17 18 19 20 21
22 23 24 25 26 27 28
29 30
 
Maj 2018
1 2 3 4 5 6
7 8 9 10 11 12 13
14 15 16 17 18 19 20
21 22 23 24 25 26 27
28 29 30 31
 
Czerwiec 2018
1 2 3
4 5 6 7 8 9 10
11 12 13 14 15 16 17
18 19 20 21 22 23 24
25 26 27 28 29 30
 
Lipiec 2018
1 2 3 4 5 6 7
8 9 10 11 12 13 14
15 16 17 18 19 20 21
22 23 24 25 26 27 28
29 30 31

jesteśmy piękni, Twoim pięknem Panie...

2012-10-22

 zdj.za:http://naszlaku1.blox.pl/html/1310721,262146,169.html?22

Mili Moi...

 Bardzo intensywny weekend za mną. Wiele pięknych wrażeń "złapanych" w Gdańsku. Otóż wspominałem, że czeka tam na mnie grupa, z którą razem przeżywamy rekolekcje ewangelizacyjne. W ostatnim czasie wykonali kawał roboty, bo zmierzyli się ze swoją przeszłością i przygotowali się do dwóch wydarzeń - spowiedzi generalnej i modlitwy o uzdrowienie wewnętrzne.. Oczywiście zdecydowana większość odprawiła tę spowiedź zanim dotarłem, ale pięć osób zdecydowało się przyjść z tym tematem do mnie, co zajęło mi bez mała niemal cały piątek. Ile to jest pięć osób spowiadających się z całego życia może zrozumieć tylko ktoś, kto sam takich spowiedzi kiedyś słuchał. Bardzo piękne i bardzo trudne wydarzenie zarówno dla penitenta, jak i spowiednika. Ale niesłychanie owocne i oczyszczające. Wieczorem zaś jeszcze katecheza dla wspólnoty sióstr i modlitwa wstawiennicza nad nimi. Dzień skończył się naprawdę późno. A w sobotni poranek rozpoczęliśmy kolejne skupienie. Najpierw katecheza, a później modlitwa o uzdrowienie nad każdym z uczestników. Trwała ona ponad trzy godziny i rzeczywiście nie bardzo wiedziałem po niej jak się nazywam 🙂 Ale to są jedne z najszczęśliwszych chwil mojego życia, kiedy widzę uwolnionych, umocnionych, przemienionych, często spłakanych, ale szczęśliwych ludzi, których Jezus w tej właśnie chwili tak szczególnie tuli w swoich ramionach. Trudno opisać to doświadczenie, kiedy jako kapłan staję wobec kogoś, kto na przykład doznał wielkich zranień w miłości, a Pan kieruje do niego słowo z księgi Pieśni nad Pieśniami, mówiąc słowami Oblubieńca - omdlewam z miłości do ciebie, a osoba ta doznaje nagle głębokiej i bliskiej obecności Boga... Można wiele o tym mówić, ale widzieć to, doświadczać, przeżywać razem... Bezcenne.

W niedzielny poranek zaś spotkaliśmy się wszyscy na Eucharystii parafialnej i było znów serdecznie i miło. A miejscowy proboszcz zaproponował rekolekcje wielkopostne. Zgodziłem się oczywiście z radością, bo to mój żywioł, więc 17 marca spotykamy się w parafii św. Stanisława Kostki w Gdańsku.

A potem była podróż... Niezwykła... Wsiadłem do przedziału, gdzie siedziała tylko jedna, młoda kobieta... Urocza Towarzyszka Podróży - tak postanowiłem ją nazwać. Zaimponowała mi swoją nieprawdopodobną wrażliwością, bo kiedy zacząłem odmawiać Brewiarz, a jej zadzwonił telefon, zapytała grzecznie czy może odebrać, czy to nie będzie przeszkadzało, "bo widzę, że ksiądz się modli". Czujecie to? Spotkać kogoś takiego, to doświadczyć otwartych niebios! Z takimi ludźmi ten świat nie zginie... Wielokrotnie patrzyłem na nią ukradkiem podczas podróży, myśląc o tajemnicy jej wewnętrznego piękna... Gdzież ona tkwi? Czy to kwestia wychowania? Czy wyznawane wartości? Nie wiem, ale byłem zachwycony... A do radości przyczynił się nawet pan konduktor, który mi życzył samych szóstek na studiach 🙂 Po chwili się zreflektował i do Uroczej Towarzyszki Podróży powiedział - pani oczywiście też... Na co ona obdarzyła go swoim promienistym uśmiechem. Urocza niestety wysiadała w Warszawie, ale dzięki niekwestionowanemu liderowi punktualności, którym jest PKP nasz pociąg miał już wówczas 130 minut opóźnienia, więc nasze współprzebywanie trwało i tak dłużej... Wszystko to wprawiło mnie w tak dobry nastrój, że nawet fakt przybycia do Lublina o godzinie 00.15 nie zrobił na mnie większego wrażenia... Podróż - wspaniałe 43200 sekund mojego życia 🙂

A dziś, kiedy już nadrobiłem kilkudniowe zaległości w różnych dziedzinach mojego studenckiego życia, udałem się na pierwsze zajęcia z języka angielskiego. To była jedna z ostatnich większych niewiadomych. O czym myślę? O poziomie, który mi został zaproponowany. Czułem, że B2 to trochę dla mnie za wysoko. Wyobrażałem sobie, że wszyscy obecni będą "spikać" biegle, tylko ja szaraczek nie będę wiedział, co się do mnie mówi... Przybyłem więc z duszą na ramieniu. Okazało się, że nasza grupa to siedem bardzo różnych osób, wśród których poczułem się od razu bardzo dobrze. Może dlatego, że nasz poziom jest bardzo wyrównany i wszyscy jednakowo kaleczymy język Shakespeare'a. Ale najbardziej rozbawiła mnie pani prowadząca, która na koniec zasugerowała, że może by pomyśleć o przeniesieniu na poziom C1 (czyli wyższy). A może ja w ogóle panią zastąpię 🙂 To jakieś jaja są.... A w ogóle znaleźliśmy z panią wspólny język (bardzo miła zresztą), ponieważ jej dziadkowie mieszkali w... Prabutach (niedaleko mojego rodzinnego Sztumu) i tam właśnie spędzała często swoje dziecięce wakacje. Niechcący więc uruchomiłem sporo dobrych wspomnień... I też dobrze...

I takie to niemałe wcale radości w ostatnich dniach mi towarzyszyły. Mam pewność, że wystarczy się rozejrzeć... bo świat jest naprawdę piękny!!!