Rozważania ojca Michała Nowaka


Rozważania ojca Michała Nowaka OFM Conv
Listopad 2017
1 2 3 4 5
6 7 8 9 10 11 12
13 14 15 16 17 18 19
20 21 22 23 24 25 26
27 28 29 30
 
Grudzień 2017
1 2 3
4 5 6 7 8 9 10
11 12 13 14 15 16 17
18 19 20 21 22 23 24
25 26 27 28 29 30 31
 
Styczeń 2018
1 2 3 4 5 6 7
8 9 10 11 12 13 14
15 16 17 18 19 20 21
22 23 24 25 26 27 28
29 30 31
 
Luty 2018
1 2 3 4
5 6 7 8 9 10 11
12 13 14 15 16 17 18
19 20 21 22 23 24 25
26 27 28

tylko ten się czegoś nauczy, kto uzna, że nie wie wszystkiego...

2012-10-01

 zdj.za:http://www.1000rad.pl/jak-dziecko-uczy-sie-od-rodzicow

Mili Moi...

Wczoraj udało mi się wrócić do Lublina... Piszę "udało się", bo jadąc myślałem, że to nigdy nie nastąpi... Mniej więcej na wysokości Warszawy (którą skrzętnie ominąłem) ruch wzmógł się do tego stopnia, że wyglądało to co najmniej na dzień zakończenia wakacji... I może, jak sugerowali niektórzy, uznałbym, że to studenci jadą na uczelnie, gdyby nie imponująca ilość "Tirów", które zdecydowanie ze studentami nie miały wiele wspólnego 🙂 W każdym razie wieczorową porą zasiadłem do gorącej herbaty we własnym mieszkanku...

Cały tydzień spędziłem na rekolekcjach zakonnych w Niepokalanowie Lasku. Trudny to był czas... i wcale nie dlatego, że treści rekolekcyjne tak intensywnie mnie poruszały. No właśnie wręcz przeciwnie... niestety. Jechałem już z pewną dozą sceptycyzmu, bo wiem, że te nasze, zakonne rekolekcje są zawsze okazją do spotkania dawno niewidzianych braci, a co za tym idzie, bardzo trudno o skupienie. W minionych latach brałem udział w rekolekcjach lectio divina w Krakowie, podczas nauki w Szkole Wychowawców Seminaryjnych. Było nas tam około 80, ale rano nawet nie witaliśmy się zwyczajowym "Szczęść Boże" tak ściśle respektowana była zasada milczenia. Tymczasem w Niepokalanowie nawet kiedy chciałem nieco pomilczeć, to po chwili znajdował się ktoś, kto chciał tylko o coś zapytać... i pozamiatane... Ukrywałem się nieco we własnym pokoju, trochę w kaplicy, ale z marnym skutkiem. Stąd treści rekolekcyjne będę przemyśliwał raczej po rekolekcjach. Poza tym... może ja mam wygórowane oczekiwania... ale z pewnością nie czuję się usatysfakcjonowany jeśli chodzi o to rekolekcyjne nauczanie... Mam na dziś takie przekonanie, że pewnie już długo się na takich rekolekcjach nie pojawię... Trochę mi żal, że nie mogę w taki dojrzały sposób przeżyć tego świętego czasu pośród moich braci. Ale może po prostu trzeba taką specyfikę zaakceptować, a szukając czegoś innego pojawiać się gdzie indziej...

Prosto z Niepokalanowa pojechałem do Gdańska poprowadzić dzień skupienia dla moich świeckich przyjaciół gromadzących się przy klasztorze sióstr franciszkanek. Przyznam szczerze, że długo się zastanawiałem, czy powinienem kontynuować to dzieło. Czytelnicy być może pamiętają, jak to w zeszłym roku rozpocząłem comiesięczne kerygmatyczne dni skupienia dla około dwudziestoosobowej grupy. Moje obecne miejsce przebywania znajduje się dość daleko od Gdańska, stąd w pierwszym odruchu postanowiłem zrezygnować z kontynuowania tych spotkań. Ale po pierwsze było mi bardzo, ale to bardzo szkoda wykonanej pracy - przeze mnie, ale i przez słuchaczy. Po wtóre, wiedziałem, że jesteśmy dokładnie w połowie tych spotkań, a najpiękniejsze rzeczy jeszcze przed nami. Po trzecie wreszcie, ja naprawdę polubiłem tych ludzi i poczułem, że będzie mi ich brakować. Szukaliśmy wprawdzie zastępcy, ale nie nazbyt gorliwie chyba, ja tymczasem walczyłem sam ze sobą. Ostatecznie jednak postanowiłem dotrzeć z nimi do końca tego rekolekcyjnego cyklu, z czego bardzo się cieszę, a mam nadzieję, że i oni nieco:) W każdym razie, sobotę spędziłem w Gdańsku...

Tak się złożyło, że był to dzień moich imienin... I były to jedne z piękniejszych imienin w moim życiu... Zadbały o to siostry i grupa rekolekcyjna... Zaczęło się od śniadania, od pięknej róży przy moim talerzu, od serdecznych życzeń, którym w ciągu dnia nie było końca. To zaowocowało taką atmosferą wielkiej bliskości, rodzinności wręcz i sprawiło mi wiele radości. Dobrze mi było z nimi... I kiedy patrzę na ich entuzjazm, zaangażowanie, pragnienia, to podwójnie irytują mnie duszpasterze twierdzący - nic nie da się zrobić, ludzie nie przyjdą, niczego od nas nie chcą... A to jest wielka nieprawda, z której, jestem pewien, Pan Bóg właśnie nas, duszpasterzy kiedyś rozliczy... A okazuje się, że potrzeba tak niewiele. Pomysł, sympatyczna zakonnica, miejsce i trochę dobrej woli. Ten zestaw sprawdza się w Gdańsku co miesiąc.

A dziś zainaugurowaliśmy rok akademicki. Mały kościółek akademicki nie mógł pomieścić tłumu studentów i profesorów. Wielu oczywiście nie przybywa, często właśnie ze względu na tłok, ale ja takie spotkania uważam za ważne i chętnie się na nie wybieram. Przewodził liturgii i głosił Słowo o. Andrzej Derdziuk, kapucyn. I żeby nie było, żem nadmiernie krytyczny - jego kazanie bardzo, ale to bardzo mi się podobało. Pięknie mówił o dzisiejszej patronce, Małej Teresce, Doktorze Kościoła, która podczas dwudziestu czterech lat życia doszła do takiej znajomości spraw Bożych, o jakiej wielu z nas tylko może pomarzyć. Jak jej się to udało? Ano właśnie realizując drogę dziecięctwa, o której tak zachęcająco mówi dziś Jezus. Zdałem sobie sprawę, że trudno o nią zwłaszcza mnie jako kapłanowi. A to dlatego, że nieustannie robię rzeczy, które podlegają ocenie. Nic więc dziwnego, że staram się, aby owa ocena była jak najwyższa, a stąd już tylko krok do ustawicznych poszukiwań pierwszego miejsca. I już nie ze względu na dobro braci i sióstr, a przynajmniej nie tylko ze względu na ich dobro, ale raczej ze względu na siebie samego... Wielka pułapka, z której niełatwo się wymknąć...

 Ostatnimi dniami towarzyszy mi obraz Weroniki. Tak, tej z Drogi Krzyżowej... Kiedy w piątek odprawiałem to nabożeństwo, korzystałem z rozważań, w których autor dowodził, że Weronika wypadał z tłumu, otarła twarz i natychmiast w tym tłumie zniknęła. Odważny impuls kobiety, która nie chciała być zauważona, czy w jakikolwiek sposób gloryfikowana. Zresztą nie sądzę, żeby okoliczności do takiego sposobu myślenia nastrajały. Pomyślałem sobie - taki ważny, wielki czyn... Czyn, po którym można rozpoznać to, co w jej sercu. A gdyby mnie rozebrano z habitu, gdyby nie pozwolono mi z jakichś przyczyn go nosić, czy znalazłyby się w moim codziennym życiu czyny, które w sposób pewny i niewątpliwy dowodziłyby, że jestem chrześcijaninem, że wierzę w Jezusa i naśladuję Go? Czy ja jestem prawdziwym chrześcijaninem, czy tylko chrześcijaninem "z założenia"? No bo jeśli w habicie to kim może być? Wielce to dla mnie motywujące... Poszukiwanie mojej chrześcijańskiej tożsamości, która byłaby czytelna dla wszystkich. I dla tych, którzy widza mnie w habicie, i dla spotykających mnie na plaży i dla widzących mnie w szpitalnej pidżamie... Oczywiście nie jest to dla mnie zachęta do zdjęcia habitu i poeksperymentowania w innych szatach... Wystarczy przemiana w głowie - w stroju nie trzeba.

A najważniejszą myślą z dzisiejszego kazania, którą zabieram do serca była ta, że nauczyć czegoś może się tylko ten, który uznaje, że czegoś nie wie... A największym dramatem człowieka jest moment, kiedy uzna, że już wszystko wie. Bo wówczas nikt mu nie jest potrzebny... nawet Pan Bóg.