Rozważania ojca Michała Nowaka


Rozważania ojca Michała Nowaka OFM Conv
Wrzesień 2018
1 2
3 4 5 6 7 8 9
10 11 12 13 14 15 16
17 18 19 20 21 22 23
24 25 26 27 28 29 30
 
Październik 2018
1 2 3 4 5 6 7
8 9 10 11 12 13 14
15 16 17 18 19 20 21
22 23 24 25 26 27 28
29 30 31
 
Listopad 2018
1 2 3 4
5 6 7 8 9 10 11
12 13 14 15 16 17 18
19 20 21 22 23 24 25
26 27 28 29 30
 
Grudzień 2018
1 2
3 4 5 6 7 8 9
10 11 12 13 14 15 16
17 18 19 20 21 22 23
24 25 26 27 28 29 30
31

weź SWÓJ krzyż... weź...

2012-09-16

 zdj.za:http://www.panoramio.com/photo/10679587

Mili Moi...

 A dziś spotkanie popielgrzymkowe w Elblągu (dla wszystkich grup). I moje serce się rwie, a być tam nie mogę... I kiedy myślę o tych wszystkich ludziach (a podobno większość grupy się stawiła), to taka tęsknota mnie ogarnia... Niestety, jutro mam rozmowę kwalifikacyjną na uczelni i technicznie niemożliwym jest być w obu tych miejscach. Życie to trudna szkoła wyborów jednak 🙂 W każdym razie jedno zobaczyłem... Jestem bardzo mocną związany z tą naszą pielgrzymkową ekipą i nie wyobrażam sobie, żebym mógł się z nimi za rok nie wybrać... Czy nadal będę przewodnikiem? Czas pokaże, ale ufam, że Pan Bóg się o nas wszystkich zatroszczy i wskaże co należy czynić...

A z innych bieżących "radości" - wróciło choróbsko... Chyba jakiś niedoleczony byłem, mimo że antybiotyk uczciwie wziąłem do końca. Ale czułem, że jeszcze coś jest nie tak... No i dziś w nocy moje poczucie spotęgował potężny ból gardła, a po konsultacji lekarskiej pojawił się kolejny antybiotyk. Zobaczymy czy tym razem pomoże...

A dziś, myśląc na Słowem, zdałem sobie sprawę, że nie ma we mnie pokusy Piotra w takim wydaniu, jak opisuje ją dzisiejsza Ewangelia. Ja nie próbuję sobie wyobrazić Jezusa bez krzyża. Co więcej, nie próbuję wyobrazić sobie mojego własnego życia bez krzyża. Ale "Piotrowa pokusa" pojawia się w moim życiu w sposób dużo bardziej subtelny, a wcale nie mniej destrukcyjny. Otóż jeśli już ten krzyż jest nieunikniony, jeśli to cierpienie jest konieczne, to... niech ono przynajmniej realizuje się według mojego pomysłu. Niech to będzie taki krzyż, który nie tylko przyniesie widzialne owoce, ale, co więcej, pozwoli na subtelną formę dumy, na takie poczucie dobrze spełnionego obowiązku. Niech wysiłek będzie przeżywany "po mojemu" - no bo przecież najlepiej się czuję, kiedy "nie wiem jak się nazywam", bo tak jestem spracowany dla chwały Bożej. Wtedy też można być skromnym wyrzutem sumienia dla innych, którzy robią mniej. Nie dojadać, nie dosypiać, wciąż w podróży, zawsze zajęty... To obraz ukrzyżowania, który dotąd jawił mi się w głowie, był najdoskonalszy, najlepszy dla mnie...

Tymczasem... Tymczasem zatrzymałem się w drodze... Pan "krzyżuje mnie" nadmiarem wolnego czasu, brakiem ludzi wokół, "bezrobociem", zupełnie nieznanym środowiskiem, "zamrożeniem" moich talentów itd... Dzięki temu zaczynam rozumieć, że krzyż to prawdziwe ogołocenie, to prawdziwa samotność, to prawdziwe wyzucie się z marzeń i pragnień, to prawdziwy dyskomfort, to prawdziwe "wywrócenie świata do góry nogami", to prawdziwe cierpienie... Pokornieję... I złoszczę się... Najpierw na Niego (co w mojej ludzkiej, małej kondycji jakoś nie dziwi - argumentacja -  bo przecież mógłbym tyle zrobić...), a zaraz potem na siebie, że jestem taki durnowaty i nie potrafię odkryć Bożego prowadzenia w tym, co dla mnie z pewnością trudne, ale przecież wyraźnie czuję w sercu, że na teraz potrzebne i czemuś ważnemu ma posłużyć...

Takie to skomplikowane duchowe światy... Oczyszczające to wszystko, bo po raz kolejny okazuje się, że krzyż, który mnie fascynuje, Jego krzyż, wciąż jeszcze jest dla mnie nieodkryty. Po wtóre, znów przekonałem się, że najłatwiej o krzyżu mówić, kiedy się go w swoim życiu wyraźnie nie dostrzega. Ale kiedy on się pojawia, to zwłaszcza wobec samego siebie trzeba nieustannie głosić katechezę o tym, że koniecznie należy zaprzeć się samego siebie i ten krzyż podjąć. I wreszcie po trzecie - kiedy się już nazwie, zdiagnozuje pokusę, to dużo łatwiej z nią walczyć... I czasem nawet nie trzeba tak dramatycznych słów, które usłyszał Piotr (zejdź mi z oczu szatanie), żeby odczuć wstyd i zażenowanie swoimi własnymi sposobami myślenia, którym niejednokrotnie daleko do chrześcijańskiego umiłowania woli Ojca...