Rozważania ojca Michała Nowaka


Rozważania ojca Michała Nowaka OFM Conv
Czerwiec 2018
1 2 3
4 5 6 7 8 9 10
11 12 13 14 15 16 17
18 19 20 21 22 23 24
25 26 27 28 29 30
 
Lipiec 2018
1 2 3 4 5 6 7
8 9 10 11 12 13 14
15 16 17 18 19 20 21
22 23 24 25 26 27 28
29 30 31
 
Sierpień 2018
1 2 3 4 5
6 7 8 9 10 11 12
13 14 15 16 17 18 19
20 21 22 23 24 25 26
27 28 29 30 31
 
Wrzesień 2018
1 2
3 4 5 6 7 8 9
10 11 12 13 14 15 16
17 18 19 20 21 22 23
24 25 26 27 28 29 30

pokonać lęk...

2012-09-08

Mili Moi...

Przepraszam za tych kilka dni głuchego milczenia, ale wspominałem o możliwym wyjeździe w moje rodzinne, północne rejony... I rzeczywiście doszedł on do skutku, ale tak szybko i nieoczekiwanie, że nawet nie zdążyłem o tym napisać. Po prostu skorzystałem z okazji, że mój współbrat Leszek zmierzał samochodem do Gdańska i zabrałem się razem z nim. I tym sposobem w niedzielny wieczór znalazłem się w Sztumie. Tam zaś byłem pozbawiony dostępu do sieci, co jak się okazuje wcale nie prowadzi do śmierci 🙂

Każda taka wizyta w moim rodzinnym mieście daje mi trochę radości, ale też wpędza w jakąś melancholię. Rodziny już bardzo mało, znajomi też wyemigrowali. Chodząc po ulicach i przyglądając się coraz starszym twarzom, szukam tam gdzieś swojej wczesnej młodości, wspominam beztroskie czasy i... nawiedzam cmentarze. Te miejsca lubię najbardziej, bo są pełne ciszy i ludzi, którzy wiedzą o Bogu dużo więcej, niż ja... Niezależnie od tego, jakimi byli tu na ziemi. Wszyscy spotkali się już z Nim twarzą w twarz...

W ostatnim tygodniu kolejna, znana mi osoba, pani Ewa, lekarz, która troszczyła się o moje zdrowie przez całe dzieciństwo, właściwie niemal do pełnoletności. Ilekroć się spotykaliśmy, miała zawsze jakieś życzliwe słowo. Dobra, życzliwa kobieta. Wdzięczny jestem Panu Bogu, że mogłem ją odprowadzić na cmentarz. Pozwolono mi nawet powiedzieć kazanie na pogrzebie, co przyjąłem również z radością, tym bardziej, że, odkąd odszedł do wieczności ks. prałat Antoni, wieloletni proboszcz, dużo rzadziej się zdarza, że mogę powiedzieć jakieś słowo na sztumskiej ambonie. Ale widać nie ma takiej potrzeby... Tak, czy owak, pogrzeb zgromadził wiele osób i był jednocześnie bardzo skromny. A taką właśnie zapamiętam panią Ewę...

Tymczasem ja w minioną środę, obudziwszy się rano, wyraźnie wyczułem, że coś jest nie tak z moim zdrowiem. Termometr potwierdził to przeczucie wskazując 38, 5 stopnia. Cała reszta objawów jakiegoś solidnego przeziębienia pojawiła się wkrótce i zaczęło się chorowanie... Na szczęście w znanym mi środowisku, co pozwoliło dość szybko skorzystać z porady lekarskiej, uzyskać antybiotyk i leczyć się tak na poważnie... Ale wiecie jak to jest być chorym... Człowiek nie ma ochoty nikogo oglądać, z nikim rozmawiać. Ani czytać, ani patrzeć w telewizor... Po prostu zamknąć się w swoim pokoiku i... czekać na zdrowie 🙂 W każdym razie podjąłem decyzję, że jadę do domu. I wczoraj tę morderczą podróż do Lublina odbyłem 🙂 Dziś już czuję się znacznie lepiej, temperatura spadła i choć jeszcze wyraźnie czuję, że do bycia zdrowym daleko, to żywię nadzieję, że będzie dobrze...

 A Słowo dzisiejsze konfrontuje mnie z moim własnym grzechem, z tym, co jest we mnie najbardziej skrywane, upokarzające... Ile takich spraw... Mesjasz, który przychodzi wybawić swój lud od jego grzechów... Pomyślałem sobie dziś, zbierając te wszystkie kwestie składające się na ciemną stronę mojej duszy, że, aby wprowadzić ten Boży plan w moje życie, aby zacząć zwyciężać z demonem, zrobić to, co do mnie należy, muszę mieć bardzo konkretny plan walki, zestaw działań, które będą prowadziły do celu. Myślę o tym już jakiś czas, zwłaszcza, że dostrzegam w tym jakiś globalny problem - ilekroć bowiem zdarzało mi się pytać ludzi w konfesjonale, jaki mają plan na walkę z grzechem, tylekroć w odpowiedzi słyszałem wyrazy niezmiernego zdumienia... Ale jaki plan? No właśnie - jaki plan?

Żeby zwyciężać, trzeba myśleć. Bezmyślność bowiem najczęściej oznacza również bezradność. Doświadczam tego boleśnie także w swoim życiu. Dziś pojawił mi się taki obraz mnie samego chodzącego we mgle, ale chodzącego ciągle po tych samych ścieżkach i z jakąś tam regularnością obijającego się o te same przeszkody (czyż nie jest tak w naszym życiu, że te same grzechy ciągle nam się powtarzają?). Ilekroć się o coś uderzam, tylekroć doświadczam jakiegoś zdziwienia... A to są przecież znane ścieżki mojego życia. I nawet jeśli tam nie zawsze panuje słoneczna pogoda, nawet jeśli ta widoczność nie jest idealna, to przecież ja doskonale wiem, gdzie te przeszkody stoją, co więcej - wiem w jaki sposób mógłbym je wyminąć. Czego mi więc brakuje? Może swoistej pamięci o skutkach (chociaż i ta wraca jak bumerang) - bo zanim pojawi się ból po grzechu, to najpierw jest jakaś chwila przyjemności (każdy grzech się z nią wiąże - taką, czy inną). A może w grę wchodzi... lęk. Tak, lęk przed zmierzeniem się z trudnymi tematami w swoim życiu; lęk przed prawdziwym nawróceniem, które wyrwałoby mnie z utartych kolein codzienności; lęk przed pomocą, o którą może trzeba prosić (spowiednika, dobrych, modlących się ludzi itp); lęk przed utratą wysokiego mniemania o sobie; lęk przed wolnością, która taka wymagająca; lęk przed... i można by tak pewnie mnożyć w nieskończoność, a każdy dodałby coś od siebie...

Tym bardziej imponuj mi dziś Józef, który lęk w sobie pokonuje. Być może interwencja anioła uzmysławia mu, że ten lęk przed złymi językami, lęk przed trudnym tematem brzemienności Maryi, lęk przed czymś nieznanym, są niczym wobec tajemnicy Boga, która dzięki jego postawie może urzeczywistnić się w świecie... Józef, który bierze na siebie trudną rolę. Józef, który pokonuje w sobie lęk. Józef, który zwycięża. Niewątpliwie ma w tym udział jego sprawiedliwość, czyli innymi słowy, jest gotów zaufać Bogu, bo swoje życie już wcześniej na Nim oparł i nie zawiódł się... I idzie za tym głosem, który go wzywa do tego, co trudne, nieznane, wymagające... Wpuszcza Jezusa do swojego życia... Pokonać lęk... A Bóg w tym procesie i "przyczyną" i "skutkiem"...