Rozważania ojca Michała Nowaka


Rozważania ojca Michała Nowaka OFM Conv
Czerwiec 2018
1 2 3
4 5 6 7 8 9 10
11 12 13 14 15 16 17
18 19 20 21 22 23 24
25 26 27 28 29 30
 
Lipiec 2018
1 2 3 4 5 6 7
8 9 10 11 12 13 14
15 16 17 18 19 20 21
22 23 24 25 26 27 28
29 30 31
 
Sierpień 2018
1 2 3 4 5
6 7 8 9 10 11 12
13 14 15 16 17 18 19
20 21 22 23 24 25 26
27 28 29 30 31
 
Wrzesień 2018
1 2
3 4 5 6 7 8 9
10 11 12 13 14 15 16
17 18 19 20 21 22 23
24 25 26 27 28 29 30

znak Boga samego...

2012-08-26

Mili Moi...

 I oto dotarłem do mojego nowego domu. Trwało to co prawda bardzo długo, bo to jakiś koniec świata jest... Ale za to piękny koniec świata:) Jechałem tu całą noc. Dodatkowo pociąg był już opóźniony w Gdyni, a której startowałem. Oczywiście tłok i ścisk niemiłosierny, smród, brud i pijani goście wrzeszczący cała noc... Obraz naszego zacnego przewoźnika, z którego usług będę teraz nader często korzystał. A powoli zapominałem jak to jest... Niemniej podróż w takich warunkach z pewnością mieści się w kanonach franciszkańskiego ubóstwa i małości. Niestety również ci, którzy tych franciszkańskich ideałów nie podzielają, są zmuszeni podróżować w takich warunkach.

Tuż po dotarciu do domu, zabrałem się za robotę... Czyli za urządzanie pokoju. Trwało to kilka godzin, ale efekt jest bardziej, niż zadowalający. Uważam, że jest pięknie... Duży, jasny pokój i mój świat - fotel, poduszka, książka, kubek z kawką... Mogę się spokojnie oddawać oczekiwaniu na moich braci, którzy dotrą tu dopiero za tydzień. Jest mi dobrze. Tak cicho i spokojnie... Dziś, kiedy zasiadłem do Słowa, to dwie godziny nawet nie wiem kiedy przeminęły... Tak dobrze...

Wczoraj wieczorem intensywnie zabrzmiał dzwonek do drzwi wejściowych. Zadrżałem nieco, bo żadnych gości się nie spodziewałem. Ale zza drzwi usłyszałem pogodne - nie bójcie się, tu brat Celestyn... Okazało się, że nasz emerytowany, wybitny profesor, o. Celestyn Napiórkowski, dostrzegłszy światło w moim oknie przyszedł "zbadać sprawę". Mimo, że sporo godzin wykładowych w seminarium spędziłem słuchając jego nauczania, nie mógł sobie mnie w żadnym wypadku przypomnieć... Pierwsze pytanie - czy będziesz studiował dogmatykę (on sam jest dogmatykiem)? Kiedy odpowiedziałem, że nie, wyraźnie stracił zainteresowanie:) Ale posiedział ze mną chwileczkę, podzielił się swoimi naukowymi troskami i udał się do siebie... A zatem pierwszych gości mam już "zaliczonych".

Dziś, medytując o poranku, skupiłem się na absolutnej pewności Maryi, że rozwiązanie, które zaproponuje Jej Syn będzie rozwiązaniem najlepszym. Co więcej - On na pewno zadziała. Absolutna pewność Jezusowego działania... Rzecz jasna, przypomnijmy, mówimy o weselu w Kanie Galilejskiej... Pomyślałem, że takiej wiary wciąż mi brakuje, że nie potrafię wielu sytuacji tak Mu zawierzyć. Miotam się, szukając rozwiązania. Częstokroć błądzę, co jest źródłem mojego niezadowolenia, a czasem i niezadowolenia innych. A w wielu sytuacjach wystarczyłoby zaledwie powierzyć wszystko Jezusowi i ufać w Jego działanie... Przecież po wielokroć widziałem jego dowody. Niejeden już raz okazał swoją moc i nie zawiódł. A za każdym razem na nowo muszę sam siebie przywoływać do porządku. Tak jakbym nigdy nie widział, tak jakbym nie doświadczył... Paradoks słabej wiary, która wciąz domaga się paliwa...

 Ale pomyślałem też dziś, że potrzeba dużej trzeźwości i czujności, żeby to Jego cudownie działanie dostrzegać, działanie, którego pełna jest rzeczywistość wokół nas. Dla biesiadników, którzy z pewnością "mieli już w czubie" ten cud był bez znaczenia... Oni nie byli w stanie delektować się smakiem wybornego wina. Im wystarczyłby jakikolwiek procentowy "sikacz", aby dopełnić tej zabawy. Nie ma w tym opowiadaniu żadnej "łączności" Jezusa z rozbawionym tłumem. Nie zauważyli, nie dostrzegli, zajęci innymi sprawami... Nie mogę się oprzeć wrażeniu, że przypomina to trochę owo ewangeliczne rzucanie pereł przed wieprze ( z całym szacunkiem oczywiście do biesiadników). Ale czy nie jest to jakiś obraz świata, który dziś rozbawiony (nieustannie), oszołomiony i otumaniony (ustawicznie), oddający się jedzeniu, piciu, przyjemnościom (bez wytchnienia), nie jest w stanie dostrzec działania Boga, które nawet wówczas, gdy jest bardzo mocne, jest przez ów świat lekceważone, albo całkowicie błędnie interpretowane? Rzecz jasna zawsze jest jakaś cząstka, która korzysta - w tym przypadku z pewnością nowożeńcy (wszak o ich kompromitację tu chodzi), uczniowie, o których dowiadujemy się, że uwierzyli, ale także owi słudzy - prości ludzie, którzy są "w pracy". Oni są czujni, oni są trzeźwi, oni widzą co się dzieje...

Mam jeszcze osobistą refleksję dotyczącą tego cudu, tej przemiany. Ona jest absolutnie niezbędna w życiu każdego kapłana. Sami z siebie jesteśmy wodą - czasem pożyteczną, czasem niebezpieczną, czasem śmiercionośną... Winem stajemy się w jego rękach. Winem, które rozradowuje, winem, które wnosi nowość, winem, które zwiastuje ucztę z Bogiem... Modlę się, żebym zawsze był gotów na tę przemianę, chciał jej, poszukiwał... Żebym niczym to Boże wino, stawał się cudem choćby dla tej trzeźwej garstki... A może i dla wielu innych, którzy otrząsnąwszy się ze światowego upojenia zmierzą się z jakąkolwiek poważną refleksją... Myślę po prostu o tym, aby nowy etap życia nie pozbawił mnie entuzjazmu, nie zatrzymał mnie w posłudze... Nie chcę, żeby to był czas błogiej przerwy życiowej... Nie chcę tracić czasu... Modlę się więc dziś o przemianę. Abym nie stał się nigdy tylko wodą, ale stawał się nieustannie winem - znakiem Boga samego...