Rozważania ojca Michała Nowaka


Rozważania ojca Michała Nowaka OFM Conv
Czerwiec 2018
1 2 3
4 5 6 7 8 9 10
11 12 13 14 15 16 17
18 19 20 21 22 23 24
25 26 27 28 29 30
 
Lipiec 2018
1 2 3 4 5 6 7
8 9 10 11 12 13 14
15 16 17 18 19 20 21
22 23 24 25 26 27 28
29 30 31
 
Sierpień 2018
1 2 3 4 5
6 7 8 9 10 11 12
13 14 15 16 17 18 19
20 21 22 23 24 25 26
27 28 29 30 31
 
Wrzesień 2018
1 2
3 4 5 6 7 8 9
10 11 12 13 14 15 16
17 18 19 20 21 22 23
24 25 26 27 28 29 30

tęsknota za niebem...

2012-08-15

Mili Moi...

Od dwóch dni się pakuję i przyznam szczerze, że jestem wysoce zawstydzony... Ilością rzeczy zgromadzonych przez te lata... Oczywiście przeprowadzka zawsze jest okazją do porządków i odchudzania szaf, zatem trzy wielkie wory śmieci i dwa wielgachne kartony papierzysk do spalenia zapełniłem, ale... Mimo wszystko jest tego, co zabrać muszę, bardzo dużo. A ja naprawdę nie należe do grona "śmieciarzy - kolekcjonerów":) i w zasadzie nie gromadzę rzeczy... No może poza książkami... To taka moja choroba - kocham książki... Ale oczywiście wszystko to prowokuje mnie do refleksji nad moim ubóstwem, tym bardziej, że jeden z braci w moim klasztorze pochwalił mi się ostatnio, że przewiózł się do drugiego klasztoru samochodem osobowym. A ja muszę mieć busa... Przekonuję się nieustannie, że posiadane rzeczy nie zaspokajają wcale moich potrzeb, a co więcej, generują nowe... Bo jeszcze to, czy tamto by się przydało, bo jeszcze z tego, czy tamtego możnaby zrobić dobry użytek... A potem... Otwieram szafę i jestem zdumiony czymś, o czym wcale nie wiedziałem, że to mam. Niejeden już raz znajdowałem w taki sposób ciekawe artykuły, czy jakieś ważne ksiązki. A dziś na przykład znalazłem dwie alby, o których "za Chiny" nie mogę powiedzieć ani słowa - ani skąd się wzięły, ani jak długo tam leżały... No więc po co mi te wszystkie rzeczy? Jaki jest sens ciągać je ze sobą z miejsca na miejsce? Tym bardziej, że ostatecznie zmierzam do miejsca, gdzie one mi z pewnością potrzebne nie będą i gdzie ich nie zabiorę...

Co to za miejsce? Niebo oczywiście... Dziś dzień tęsknoty za niebem. Zawsze we Wniebowzięcie Maryi przychodzi mi ta myśl - jak długo jeszcze? Kiedy nastąpi ta chwila, to spotkanie, to przejście? A może to właśnie tam trochę odpocznę:) Może to będzie miejsce, gdzie nareszcie będę mógł się zająć tylko Panem, bez wyrzutów sumienia, że mam jeszcze tyle innych rzeczy do zrobienia... Moja tęsknota podsycona została ostatnio książką "Niebo istnieje naprawdę". Jest to opowieść ojca pewnego małego chłopca, który podczas swojej ciężkiej choroby odwiedza niebo i siedzi Jezusowi na kolanach.  Wzruszałem się nie raz. Zwłaszcza wówczas kiedy ten malec mówił o wielkiej miłości Boga do nas, o tym, z jaką czułością On na nas spogląda...

Widzę to każdego dnia. Ostatnie dni to misje, które w naszej parafii poprzedzają wizytę kopii cudownego obrazu Matki Boskiej Częstochowskiej. Prowadzi je pewien sercanin, starszy już ksiądz i tak w ludzkiej ocenie, którą zasłyszałem już z wielu ust, robi to raczej kiepsko. Nie w tym jednak rzecz, ale raczej w tym, że Pan przychodzi mimo ludzkiej słabości i niedoskonałości. Słychać to na przykład w konfesjonale, kiedy ktoś mówi - jestem tu, bo misjonarz powiedział to i to, a ja sobie przypomniałem... Wczoraj siedziałem w konfesjonale trzy godziny. Sporo nawróceń po latach - a, coś mnie dziś tchnęło, że przyszedłem... Pięknie to usłyszeć... Nic wówczas innego nie pozostaje, jak zwiastować takiemu skruszonemu człowiekowi, który sam nie do końca rozumie jak się tu znalazł, wielkie dzieła Boże i tę Jego miłość, która wszystko czyni nowym... Dużo radości mam w takich chwilach. A nawet nie próbuję sobie wyobrazić jak wielka radośc musi być w niebie, wśród tych, którzy już wszystko widzą jasno i wyraźnie, którzy już wszystko rozumieją, którzy już poznali Ojca twarzą w twarz...

Tęsknię za tym stanem... Tęsknię za tą pełną i głeboką radością z obcowania z Bogiem już bez zasłon, bez znaków, bez słów. Tak po prostu - w cichej miłości, która rozumie wszystko, która się nieustannie pomnaża, a zarazem dzieli, która JEST... na zawsze...