Rozważania ojca Michała Nowaka


Rozważania ojca Michała Nowaka OFM Conv
Luty 2018
1 2 3 4
5 6 7 8 9 10 11
12 13 14 15 16 17 18
19 20 21 22 23 24 25
26 27 28
 
Marzec 2018
1 2 3 4
5 6 7 8 9 10 11
12 13 14 15 16 17 18
19 20 21 22 23 24 25
26 27 28 29 30 31
 
Kwiecień 2018
1 2 3 4 5 6 7
8 9 10 11 12 13 14
15 16 17 18 19 20 21
22 23 24 25 26 27 28
29 30
 
Maj 2018
1 2 3 4 5 6
7 8 9 10 11 12 13
14 15 16 17 18 19 20
21 22 23 24 25 26 27
28 29 30 31

nadszedł czas...

2012-08-12

Mili Moi...

No to wróciłem... Po dwóch tygodniach morderczych zmagań na pielgrzymim szlaku. A zmagałem się przede wszystkim ze sobą samym. Muszę przyznać, że nie pamiętam drugiego takiego roku, w którym towarzyszyłaby mi tak wielka niechęć do pielgrzymowania... W tym roku pobiłem wszelkie rekordy. Nie wiem czy wystarczy napisać "nie chciało mi się", bo to chyba chodziło o coś więcej. Od kilku lat nie mogę się zupełnie odnaleźć na Elbląskiej Pielgrzymce Pieszej, mimo że właśnie na niej wyrosłem, tam pielgrzymować zaczynałem i czternasty raz w to doświadczenie pielgrzymowania wchodzę. Nie czuję już tego żaru co dawniej, żaru, którego nie trzeba było stymulować świecką muzyką puszczaną przez tuby. Nie rozpoznaję już tej radości, która kiedyś wypływała wprost z serc ludzkich, a dziś musi być podsycana kabaretami... Ktoś powie - świat się zmienia... Być może... Od dawien dawna mam wrażenie, że ja do tych czasów nie pasuję, ale staram się Panu Bogu nie wyrzucać, że trochę nie trafił z epoką:) Naprawdę staram się asymilować z otoczeniem, ale nie zawsze mi wychodzi... A może po prostu się starzeję... I to wcale nie jest śmieszne. Wszak cechą starości jest chętne powracanie do tego, co było dawniej, przy jednocześnie sceptycznym stosunku do tego, co dziś...

W każdym razie... Trudna to była dla mnie pielgrzymka. Również pod względem fizycznym. Nigdy jeszcze nie ważyłem tak dużo wyruszając na szlak. Toczyłem więc wewnętrzną walkę każdego dnia, żeby w ogóle stanąć na nogi, a moim najlepszym przyjacielem stała się mała niebieska tableteczka zwana pieszczotliwie "tabletką maryjną", albo "setunią", którą popularnie ludzie zwą Ketonalem... W każdym razie doszedłem i już wróciłem:)

Oczywiście muszę troche pochwalić moją grupę:) Nie wiem jak to się dzieje, bo każdego roku jakaś część grupy to ludzie zupełnie nowi, ale doskonale czujący o co w pielgrzymowaniou chodzi. A dodatkowo mają takie duchowe pragnienia i tęsknoty, które i ja podzielam, więc jest nam ze sobą po prostu dobrze. Wiele razy rozumieliśmy się bez słów, myśleliśmy o tym samym, chcieliśmy tego samego, czuliśmy podobnie. Jest to dla mnie źródło nieprawdopodobnej radości. To taka mała grupa, "reszta Izraela", ale otwarta dla każdego, kto chce z nami być... Oni byli moją największą radością. Codzienne wieczorne dzielenie Słowem Bożym szczególnie pokazywało ich piękno, głębię przeżywania tych treści, głód Boga... Piękni są... W tak różnym wieku... Z tak różnych miejsc... Tacy piękni...

Sprzątać zaczynam jutro... I znów znaki, flagi, garnki i termosy trafią do przechowalni, a za rok... Ufam, że nadal będa przydatne i będzie komu skorzystać, używać, iść...

Czas już chyba najwyższy, żeby w tym miejscu napisać o najbliższej przyszłości. Zwlekałem z tym. Chciałem tę wiadomość opublikować, kiedy będę miał pewność, że już nic się nie zmieni. A chodzi o moje dalsze losy, bo opuszczam klasztor w Elblągu. Kapituła zwolniła mnie z obowiązków asystenta prowincjalnego do spraw powołań. To dobrze, bo pewnie potrzeba na tym stanowisku kogoś z nowszymi pomysłami i z wielgachnym entuzjazmem i mam nadzieję, że Robertowi, który po mnie przejmuje te obowiązki ani jednego, ani drugiego nie zabraknie. Ja natomiast decyzją ojca prowincjała zostałem skierowany na specjalistyczne studia doktoranckie z homiletyki (kaznodziejstwa), które mam odbyć na Katolickim Uniwersytecie Lubelskim. Studia owe trwają cztery lata i cieszę się, że mogę je podjąć, ponieważ mam wielki głód posłuchania mądrych ludzi, a czuję, że na studia w moim życiu jest już "ostatni dzwonek" w tym znaczeniu, że jeszcze mi się chce... A nie wiem jak długo:) Trzeba więc kuć żelazo...

W przyszłym tygodniu więc przeprowadzam się do Lublina. Ale sądzę, że te zmiany nie będą miały żadnego wpływu na nasze spotkania na łamach tego bloga, chyba że, w związku z moim nowym, bardziej osiadłym trybem życia, uznacie, że nie dzieje się tu nic ciekawego i przestaniecie zaglądać... Ja w każdym razie będę tu, jak zwykle... I ufam w Boże prowadzenie... On wie co robi - nie pierwszy rok rządzi... A tymczasem znikam, bo niedobory snu wyraźnie sugerują, że powinienem się kierować w stronę łóżka...