Rozważania ojca Michała Nowaka


Rozważania ojca Michała Nowaka OFM Conv
Listopad 2017
1 2 3 4 5
6 7 8 9 10 11 12
13 14 15 16 17 18 19
20 21 22 23 24 25 26
27 28 29 30
 
Grudzień 2017
1 2 3
4 5 6 7 8 9 10
11 12 13 14 15 16 17
18 19 20 21 22 23 24
25 26 27 28 29 30 31
 
Styczeń 2018
1 2 3 4 5 6 7
8 9 10 11 12 13 14
15 16 17 18 19 20 21
22 23 24 25 26 27 28
29 30 31
 
Luty 2018
1 2 3 4
5 6 7 8 9 10 11
12 13 14 15 16 17 18
19 20 21 22 23 24 25
26 27 28

różni są... różni

2012-07-17

Mili Moi...

Przedwczoraj taki sympatyczny, niedzielny dzień... Przed południem wizyta w polskiej parafii prowadzonej przez cystersów... Bardzo dużo ludzi... I klimat jak w Polsce... To znaczy sporo niedzielnych katolików, co łatwo można było zauważyć po wyjściu z kościoła w zachowaniach na parkingu. Zresztą sporo ludzi stojących pod chórem, żeby nie stracić ani minuty i kiedy tylko będzie można wybiec niemal z kościoła, bo przecież będzie trudno wyjechać z parkingu... Agresja i wulgarność... A przed chwilą złożone ręce... Co jest w tym narodzie, że nie dostrzega fałszu i obłudy, hipokryzji i dysonansu między wiarą i życiem. Oczywiście rzecz dotyczy jakiejś wąskiej grupy, ale szum przy tym duży... Poza tym anonimowość. Jak w każdej dużej parafii. Jak dotąd uczestniczyliśmy w mniejszych spotkaniach, gdzie było bardzo dużo takiej międzyludzkiej serdeczności, tym razem było "po polsku", ale mniej w tym było radości i pokoju...

 

Po Eucharystii wizyta w Marytown. To taki amerykański Niepokalanów, miejsce, w którym przede wszystkim trwa całodobowa adoracja, a po wejściu do świątyni przede wszystkim rzuca się w oczy ogromna monstrancja w centralnym miejscu. Nasz gospodarz, Włodek ma do tego miejsca około 70 kilometrów z domu, ale jest tam częstym gościem. Jest tam aktualnie 15 franciszkańskich braci. Jeden z nich nas zaczepił, więc wyznałem, że będąc w Irlandii, pracowałem z Donaldem, który właśnie z Marytown tam przybył. Jakież było moje zdziwienie, gdy dowiedziałem się, że Don wrócił do tego miejsca i akurat jest w domu. Zszedł do nas i radościom nie było końca. Po Irlandii trochę straciliśmy kontakt. Jednak bariera językowa. Ale w jego obecności czuję się na tyle bezpiecznie, że chlapię jęzorem po angielsku i nie zapominam wszystkiego w jednej minucie. Oprowadził nas wszędzie, opowiedział historię tego miejsca, powspominaliśmy... Było dużo radości i ducha braterskiego... Don prawdopodobnie w przyszłym roku wyjedzie do Australii, więc powiedziałem mu, że chętnie pojadę tam na kurs angielskiego... 🙂

 

A wieczorem wylądowaliśmy na miejskim festynie... Bardzo dużo ludzi, muzyka na żywo, wesołe miasteczko... Sympatycznie. Ale tu właśnie widać było Amerykę. Najpierw w różnych kolorach skóry i we wzajemnej akceptacji. Nawet gość w pidżamie nie wzbudziłby większego zainteresowania. Poza tym nie było żadnych incydentów, żadnych spięć, żadnych bójek czy choćby utarczek słownych. Łaziliśmy po tym wielkim placu i naprawdę czuliśmy się bezpiecznie. A poza tym, tak po amerykańsku, było strasznie dużo patosu. Weterani walk w Afganistanie, specjalne dedykacje, z miejsc wstawaliśmy nie wiem ile razy, hymn śpiewany był w tylu wersjach, że stwierdziłem, że jeśli jeszcze raz ktoś przy mnie zanuci "God bless America", to uduszę gołymi rękami:) Wszystko zakończyło się około 22 niezwykłym, półgodzinnym pokazem sztucznych ogni.

 

A wczoraj część ekipy udała się do zoo, w którym ja już spędziłem cztery koszmarne godziny (w temperaturze ok 40 stopni:), a ja kontynuuję tworzenie medytacji porannych na nasze piesze pielgrzymowanie do Częstochowy. Muszę powiedzieć z radością, że została mi już tylko jedna do zrobienia... Tylko - ale to i tak trzy dni roboty:)

 

Dziś Jezus wzywający do nawrócenia, a może raczej wyrażający swój żal, że ono się nie dokonało... Poznaję tu różnych ludzi, także takich, o których jakoś specjalnie nie piszę, bo i po co. Myślę tu o tych, którzy z Panem Bogiem nie czują się specjalnie związani, a każdą zachętę do zbliżenia się do Niego traktują jako zamach na swoje święte prawo do wolności. Spotykam niezwykłych hipokrytów, u których na ustach Pan Bóg gości nieustannie, ale... No właśnie - ale... Nawet wczoraj - Bóg był najczęstszym słowem wypowiadanym na scenie. Każdy kończył swoje wystąpienie przywołaniem Boga...  Czynią to na co dzień ludzie, którzy tymi samymi ustami agitują za prawem do aborcji, tymi samymi ustami podkreślają absolutną wolność, która raczej przypomina samowolę... Wydmuszka... Puste słowo, które bardzo często nic nie znaczy... Jest po prostu sloganem świetnie nadającym się na przykład na opaskę na rękę. Wczoraj taką dostałem - One nation under God. Spotykam wielu uśpionych duchowo - ja jestem w porządku, Pan Bóg niczego ode mnie nie może chcieć, bo daję Mu już wystarczająco dużo...

 

Dla mnie to trąci nieco duszną atmosferą. Jest sporo ludzi spowitych dymem, odurzonych dymem... Ale nie dymem kadzidła skierowanego ku Bogu, raczej jakimś narkotycznym dymem, oparami własnego sukcesu, własnej niezależności, tego, że ciągle im się udaje... Stąd już naprawdę niedaleko do zawołania - Boga nie ma... I niejeden głupiec w sercu swoim już tak zawołał (jak przypomina nam o tym psalmista...). Nie zabraknie tu pracy dla księży... Trzeba jednak dodać - dla gorliwych księży, dla księży zainteresowanych świętością swoją i innych, dla księży, którzy nie popłyną z prądem... Bo z prądem płyną tylko śmieci i zdechłe ryby... Przeciwstawić się prądowi... Ot co... Cuda i znaki Jezus daje nam w ręce... Oby wszystkim nam się chciało ich używać zgodnie z ich przeznaczeniem, żeby na końcu czasów Sodoma i Gomora nie powstały ze świadectwem przeciwko nam... Bo nie będziemy wiedzieli jak się bronić... Nie będziemy wiedzieli...