Rozważania ojca Michała Nowaka


Rozważania ojca Michała Nowaka OFM Conv
Listopad 2017
1 2 3 4 5
6 7 8 9 10 11 12
13 14 15 16 17 18 19
20 21 22 23 24 25 26
27 28 29 30
 
Grudzień 2017
1 2 3
4 5 6 7 8 9 10
11 12 13 14 15 16 17
18 19 20 21 22 23 24
25 26 27 28 29 30 31
 
Styczeń 2018
1 2 3 4 5 6 7
8 9 10 11 12 13 14
15 16 17 18 19 20 21
22 23 24 25 26 27 28
29 30 31
 
Luty 2018
1 2 3 4
5 6 7 8 9 10 11
12 13 14 15 16 17 18
19 20 21 22 23 24 25
26 27 28

wezwał mnie Pan od trzody...

2012-07-15

Mili Moi...

Wróciliśmy wczoraj z dalekiej podróży. Prawie dwadzieścia godzin jazdy samochodem. Ale dla tych widoków i przeżyć warto było. Spotkaliśmy tam nieprawdopodobnie serdecznych ludzi, takich naturalnie serdecznych. Nie było w tym żadnej gry, ani udawania. Ci ludzie, owszem, zamożni, ale bardzo chętnie udzielający z tego, co wypracowali swoją naprawdę ciężką pracą. Kiedy się na nich patrzyło, to rozumiałem coś więcej z tego, co głosił Jan Paweł II, że praca uszlachetnia, jest potrzebna sama w sobie, nie tylko jako źródło zdobywania środków do życia. Pan Józef i Pani Maria, właściciele hotelu, którzy pracują dokładnie tak samo, jak ich pracownicy. Do tego stopnia, że wielu z przybywających nie zdaje sobie sprawy, że to oni są właścicielami. Jeden z gości nie tak dawno powiedział do Józefa - chyba dobrze musisz pracować skoro szef cię już tyle lat trzyma:)

 

Piękni ludzie, którzy pokazują każdego dnia, że być jest ważniejsze, niż mieć. Obwieźli nas po wszystkich miejscach, które warto było zobaczyć (między innymi miejscową piwowarnię z przylegającą do niej pijalnią piwa - ach ilu tam było konsumentów:) Okazało się, że osiem rodzin polskich prowadzi hotele w okolicach tego miasteczka, dwoje Polaków prowadzi restauracje... No prawie polskie miasto:) Nasze spotkania ze wspólnotą polską zakończyły się w czwartek wieczorną Eucharystią, a po niej było spotkanie, na które ludzie przywieźli mnóstwo potraw. Pośpiewaliśmy, pogadaliśmy - piękny obraz wspólnoty...

 

A dziś, kiedy czytam Ewangelię, mam takie wrażenie, że choć w minimalnym stopniu ją tu realizuję, może nawet nieco bardziej wyraziście, niż w Polsce. Staram się nie być darmozjadem, ale nigdzie nie zapominać o swojej misji, o tej misji, którą zlecił nam Pan - głoszenia nawrócenia i wprowadzania Jezusa w ludzkie życia, coraz głębiej i głębiej... Niejednokrotnie staję zdumiony wobec tej mojej misji, w takim niemym zachwycie nad dobrocią Boga. Bo kimże ja jestem? Czuję się trochę jak Amos, który świadczy o tym, że Pan wziął go od trzody... Ze mną nie było tak znowu inaczej... Z pochodzenia, zamożności i jakichś rodzinnych układów niewątpliwie mógłbym się nazywać "świniopasem". Doświadczyłem tego, o czym Paweł napisze - Bóg wybrał to, co głupie w oczach świata i to co nie jest, wybrał Bóg, by to co jest zawstydzić... Posłał mnie do zadań, których z pewnością nie jestem godzien, które niejednokrotnie mnie przerastają, ale które też bardzo jasno wskazują na Jego działanie, nie moje... Ostatnio ktoś powiedział mi po naszych majowych, elbląskich rekolekcjach - ojcze, moje życie się tak zmieniło, ojciec mnie uzdrowił... Zadrżałem... Najszybciej jak potrafiłem wyprowadziłem tę osobę z błędu - zapewniam, że to nie ja, z cała pewnością nie ja... Tylko Jezus...

 

Jedno, co mnie nieco martwi, to.... wdzięczność. Jej wyrazy wciąż do mnie docierają od wielu osób. I oczywiście nie obwiniam ich o to, bo to żadna wina:) Raczej o siebie się martwię, czy ta wdzięczność nie stanie się dla mnie sidłem, z mojej winy, nagrodą, którą już tu na ziemi odbiorę. Czy jestem w stanie się ustrzec przed pokusą bycia tym "dobrym, wspaniałym ojcem Michałem". Umieć dmuchać w ten dym, nadając mu właściwy kierunek, aby unosił się w kierunku Pana, aby wzrastała Jego chwała przez dziękczynienie wielu. Wdzięczność należy się Panu, nie "świniopasowi"... Jedyne, co należy do mnie, to mój grzech. Kiedy na niego patrzę, znika wszelka "mania wielkości" i już znowu wiem, kto mnie posyła i wyposaża...