Rozważania ojca Michała Nowaka


Rozważania ojca Michała Nowaka OFM Conv
Luty 2018
1 2 3 4
5 6 7 8 9 10 11
12 13 14 15 16 17 18
19 20 21 22 23 24 25
26 27 28
 
Marzec 2018
1 2 3 4
5 6 7 8 9 10 11
12 13 14 15 16 17 18
19 20 21 22 23 24 25
26 27 28 29 30 31
 
Kwiecień 2018
1 2 3 4 5 6 7
8 9 10 11 12 13 14
15 16 17 18 19 20 21
22 23 24 25 26 27 28
29 30
 
Maj 2018
1 2 3 4 5 6
7 8 9 10 11 12 13
14 15 16 17 18 19 20
21 22 23 24 25 26 27
28 29 30 31

kilka wakacyjnych mgnień...

2012-07-04

 

Mili Moi....

Kilka dni mnie tu nie było, wybaczcie, ale jak się okazuje Ameryka nie jest takim informatycznym rajem, jak mogłoby się wydawać... Kilka dni nieobecności, a internet dobrem deficytowym.

 

Wybraliśmy się na pierwszą wycieczkę, ponieważ w piątek dotarł Tomasz, ksiądz z Łęcznej, oraz Malwina, v-ce dyrektor programowy w Radio Niepokalanów. Byliśmy już w komplecie, więc śmignęliśmy do Amerykańskiej Częstochowy. Po dziesięciu godzinach jazdy nocleg w motelu, a potem jeszcze dwie godziny i w niedzielę dotarliśmy na XIV Pielgrzymkę... Rodziny Radia Maryja. Było, jak to z rodziną... i wesoło, i smutno, i straszno i znów wesoło... Przeżyliśmy w każdym razie miłe chwile w tym miejscu, które jest swoistą duchową stolicą Polonii Amerykańskiej. Ludzi było bardzo dużo - wiedzą to ci, którzy oglądają TV Trwam, ponieważ owo spotkanie było transmitowane.

 

Prosto stamtąd udaliśmy się do Nowego Jorku, a właściwie na obrzeża, gdzie przywitali nas polscy księża i klerycy, oraz cudowna Alicja, dzięki której kulinarna strona tego spotkania była arcyciekawa. Gościł nas irlandzki proboszcz, Fred, który prawie zemdlał, gdy powitałem go w języku gaelic (tyle zdołałem się nauczyć przez rok mojego pobytu w Irlandii).. Radościom nie było końca, śmialiśmy się, opowiadaliśmy różne historie, co jakiś czas musiał być przerywnik gitarowy - przy czym gospodarze wybierali utwory...

 

Następnego dnia wybrałem się o poranku do lekarza, bo od dwóch tygodni doskwiera mi ból gardła, jakiś bliżej niezidentyfikowany, na który lekarstwa przywiezione z Polski, nawet antybiotyki nie zadziałały. Badał mnie Kubańczyk... Zajrzał w ucho, zajrzał w gardło, zajrzał w nos, pomacał... stopy (!!!), brzuch ostukał, osłuchał (zaproponowałem, że zdejmę habit, bo był tak grzeczny, że chciał mnie słuchać przez ubranie :)... Dzięki Bogu zawezwałem Alicję, bo słowa "migdałki", czy "węzły chłonne" nie znajdują się w mojej pamięci operacyjnej. Lekarz  podsumował wszystko jednym słowem - perfect... i zainkasował 90 dolarów. To była chyba najdroższa diagnoza w moim życiu. Na szczęście dobra chociaż... Boli, jak bolało, a ja zastanawiam się, czy lekarz nie był po jakichś internetowych kursach medycznych...

 

W każdym razie, tuż po wizycie, udaliśmy się wraz z Alicją i księdzem Adamem na zwiedzanie Nowego Jorku. Najpierw przepłynęliśmy się statkiem pod Statuę Wolności, potem Most Brooklyński (przy którym mieści się centrala Świadków Jehowy), Ground Zero (miejsce pamięci po ofiarach zamachu na WTC), Time Square i kilka innych miejsc "przy okazji". W NY naprawdę oddycha się atmosferą Ameryki. Kolejna obserwacja dotycząca ludzi... Wszędzie łaziłem w habicie (co, przyznam nie było łatwe, bo temperatura dochodzi do 40 stopni w cieniu przy ogromnej wilgotności, ale ja nie o tym...) i nikomu, absolutnie nikomu nie przyszło nawet do głowy krzyknąć za mną coś obelżywego, czy w jakikolwiek inny sposób dać wyraz swojej dezaprobaty. Oczywiście dla wielu ludzi ten znak również nie miał żadnego znaczenia i nie wiedzieli co wyraża, ale większość zdecydowana się uśmiechała i była bardzo przyjazna, a czasem dochodziło do bardzo miłych sytuacji, kiedy mijali mnie na przykład jacyś Meksykanie i szeptali do siebie - "saint Francis"...

 

Cudowny wypad, który zakończył się niemal o północy powrotem do domu, którym był opustoszały konwent sióstr zakonnych. Smutny obraz pustego klasztoru, bardzo skromnego. Ale również niezwykłe doświadczenie celebracji Eucharystii w kaplicy, która została zdesakralizowana, wyniesiono z niej Najświętszy Sakrament, choć wszystko zostało tak jak było wcześniej... W każdym razie wzięliśmy kąpiel i wyruszyliśmy nad Niagarę, nad którą dotarliśmy około 6 rano. Jeden plus to mało ludzi, drugi - temperatura znośna... Miałem okazję już oglądać ten wodospad ze strony kanadyjskiej i musze przyznać, że robi dużo większe wrażenie, ale po amerykańskiej stronie są piękne miejsca spacerowe. Połaziliśmy nieco i po 10 godzinach jazdy byliśmy w domu. Prysznic i do kościoła, bo obiecaliśmy już dawno, że będę przewodniczył  Mszy w Lemont, aby ksiądz mógł spokojnie odebrać swoją siostrę z lotniska. Tak więc w domu byliśmy ok 22.00 i nie ukrywam... padłem:)

 

A dziś szaleństwo Dnia Niepodległości... U naszego sąsiada impreza na 200 osób, dmuchane zjeżdżalnie i baseny dla dzieci na naszym podwórku, wielkie żarcie o piciu nie wspominając, a za godzinę podobno na dachu wystąpi sam.... Elvis. On nadal żyje... Jeśli uda mi się to potwierdzić, to wam napiszę... Znikam na razie, bo pełna chałupa polskich gości.... Bez odbioru - pojawię się tu znowu, jak tylko będzie to możliwe...