Rozważania ojca Michała Nowaka


Rozważania ojca Michała Nowaka OFM Conv
Luty 2018
1 2 3 4
5 6 7 8 9 10 11
12 13 14 15 16 17 18
19 20 21 22 23 24 25
26 27 28
 
Marzec 2018
1 2 3 4
5 6 7 8 9 10 11
12 13 14 15 16 17 18
19 20 21 22 23 24 25
26 27 28 29 30 31
 
Kwiecień 2018
1 2 3 4 5 6 7
8 9 10 11 12 13 14
15 16 17 18 19 20 21
22 23 24 25 26 27 28
29 30
 
Maj 2018
1 2 3 4 5 6
7 8 9 10 11 12 13
14 15 16 17 18 19 20
21 22 23 24 25 26 27
28 29 30 31

dzieci... idźcie...

2012-04-13

Mili Moi...

Udało mi się wrócić do domu:) Chyba naprawdę stęskniłem się za tym miejscem, ale przecież nie tylko za miejscem, a nawet nie przede wszystkim za miejscem. Tak dobrze zobaczyć ludzi, których się na chwilę zostawiło. Ileż radości sprawiły mi wczoraj oklaski powitalne w kościele, kiedy o. Przemek mnie przywitał po długiej nieobecności. To takie niewielkie niby gesty, które jednak pokazują więź istniejącą między ludźmi. I choć nie duszpasterzuję "na cały etat" w naszej parafii, to jednak doświadczam życzliwości od tych, którym posługuję. Wieczorem zaś spotkanie we wspólnocie Syjon... Także dużo radości, choć przyznam szczerze... były chwile, że prawie zasnąłem:) Cały czas walczę ze skutkami zmiany strefy czasowej i ta senność na mnie po prostu czasem spada...

A dziś od samego ranka porządkuję moją "stajenkę betlejemską" (czyli mój pokój), bo nie dość, że jest tu zimno tak jak we wspomnianej stajence (wszak kaloryfer od wielu dni wyłączony), to jeszcze osiedliły się tu jakieś "kurzostrachy":) Ale doszedłem już do stanu używalności i... mieszkam:) Ileż radości w tym słowie... Moje łóżeczko, moje biureczko, z oczu zniknęła walizka... Być u siebie... Jakie to ważne. Jaka to łaska. Takie chwile uzmysławiają mi bardziej dramat "ludzi w drodze". Pod tym szerokim terminem kryją się liczni uchodźcy, emigranci, ale i bezdomni, nędzarze, ci, którzy nic nie mają... poza kartonowym przykryciem i rozgwieżdżonym niebem nad sobą.

A dziś te dwa fragmenty biblijne, które daje nam Kościół, to dla mnie dwa zupełnie odmienne obrazy tych samych ludzi... Ewangelia to złamani Apostołowie, którzy noszą w sobie bezmiar bólu, smutku i rozczarowania. Do nich przychodzi Jezus i mówi do nich z taką czułością - dzieci... Do dorosłych facetów na łodzi, walczących z żywiołem i próbujących dowieść tego, że jednak nie są tak do końca beznadziejni, że jakąś rolę mogą spełniać, mogą chociaż ryb nałowić, On mówi - dzieci... Nie wiem czy chce objawić swój czuły stosunek do nich, czy może raczej ukazać ich dziecięce sposoby rozumowania, ich dziecięce zagubienie... Tak czy owak, oni nie bardzo są w stanie Go odczytać. Rozmawiają z Nim, owszem, ale jakby nie widzieli w całej tej sytuacji niczego nadzwyczajnego, a ona przecież jest chyba dość nadzwyczajna, bo ktoś z brzegu pyta ich o coś do jedzenia, a kiedy twierdzą, że nie mają, to ten ktoś wydaje jeszcze dziwniejsze polecenie - zarzućcie, a znajdziecie... I nawet wtedy są bardziej "przy sobie", niż przy tej tajemniczej postaci... Chociaż przecież już coś takiego w życiu Piotra miało miejsce, przecież już raz zarzucał na polecenie... Jezusa...

A gdy dopływają z takim wielkim połowem, to On już na nich czeka, już, od razu, mogą się posilić... Przecież tak było zawsze. On był krok przed nimi, On cierpliwie na nich czekał. Przy Nim niczego im nie brakowało. Przecież takiego Go właśnie znali. On dbał o nich. Nie byli bogaczami, ale mieli zawsze co jeść i gdzie spać. Choć nic nie należało do nich i nigdzie nie byli u siebie, to jednak mieli poczucie, że przynależą do tego świata z woli Ojca i z Jego woli mogą ze wszystkiego korzystać... I żaden z nich nie pyta Go - kto Ty jesteś? Bo wiedzieli, że to jest Pan... Może wstyd zamyka usta, a może właśnie poczuli się bezpiecznie, może nie chcą przerywać ciszy żadnym słowem, żeby jej nie spłoszyć, żeby trwała... na wieki...

Ale kiedy czytamy dziś w Dziejach Apostolskich o tak odważnym wystąpieniu Piotra i Jana wobec Arcykapłanów, to obraz dzieci ulatuje w mgnieniu oka... Z zakłopotanych chłopców Duch przemienił ich w prawdziwych mężów, którzy całkowicie podporządkowani są Temu, którego głoszą. Żadne oburzenie, żadne groźby nie są w stanie im przeszkodzić. Jak wielki to dynamizm. Wszystko "kręci się" wokół Zmartwychwstałego. To On wyznacza kierunki, to On rozdziela zadania. Ich powołanie jest ściśle określone. Oni nie mają robić czegokolwiek (ani ryb łowić, ani pluć, łapać i o ścianę chlapać, ani szydełkować, czy uprawiać ogródka warzywnego). Oni mają opowiedzieć światu, który tylko w części będzie zainteresowany, a druga jego część to obojętność, albo wrogość... I czasem trzeba temu światu z wielkim smutkiem, ale i stanowczo powiedzieć - to wy ukrzyżowaliście Jezusa! To wy odrzucacie Go jako budowniczowie nowego, podobno lepszego świata! To wy rezygnujecie z fundamentu i dlatego wasza budowla musi runąć! To was będzie On sądził z waszych uczynków!

Gdybyśmy tylko jako chrześcijanie naprawdę przejęli się tym, że On żyje! Gdybyśmy... Bo przecież wówczas nie byłoby w naszym życiu absolutnie nic ważniejszego nad tę prawdę. Bo wtedy ważne byłoby tylko to w jaki sposób ogłaszać tę prawdę nieustannie światu. Bo wtedy wszystkie inne sprawy naszego życia (bardzo ważne przecież) byłyby całkowicie zależne od tej jedynej... Pan zmartwychwstał, myśmy Go spotkali, widzieli, słyszeli... A skoro tak to nie może być dnia, żebyśmy o tym komuś nie powiedzieli... 

Może więc owi Apostołowie wcale nie przestali być dziećmi... Bo to przecież one stają się najszczerszymi i najbardziej gorliwymi głosicielami wszelkich "rodzinnych tajemnic". Na nie zawsze można liczyć... Wygadają wszystko... A zwłaszcza tym, którym, według dorosłych, nie powinny:) Może więc i w głoszeniu potrzeba postawy dziecięctwa... Dzieci, idźcie i opowiedzcie o mnie światu... Idźcie...