Rozważania ojca Michała Nowaka


Rozważania ojca Michała Nowaka OFM Conv
Czerwiec 2018
1 2 3
4 5 6 7 8 9 10
11 12 13 14 15 16 17
18 19 20 21 22 23 24
25 26 27 28 29 30
 
Lipiec 2018
1 2 3 4 5 6 7
8 9 10 11 12 13 14
15 16 17 18 19 20 21
22 23 24 25 26 27 28
29 30 31
 
Sierpień 2018
1 2 3 4 5
6 7 8 9 10 11 12
13 14 15 16 17 18 19
20 21 22 23 24 25 26
27 28 29 30 31
 
Wrzesień 2018
1 2
3 4 5 6 7 8 9
10 11 12 13 14 15 16
17 18 19 20 21 22 23
24 25 26 27 28 29 30

dlaczego chcecie zostać?

2012-03-30

Mili Moi...

W środę zakończyliśmy rekolekcje bardzo miłym spotkaniem z parafianami w sali pod kościołem. Miałem okazję powiedzieć nieco więcej o sytuacji powołaniowej w naszej prowincji zakonnej, padały również pytania z sali. Przyszło całkiem sporo osób. Niestety znalazły się wśród nich również takie, które każde spotkanie chcą zawłaszczyć dla promowania swoich idei. W pewnej chwili więc mieliśmy okazję posłuchać pana, który wygłosił tyradę na temat konieczności powrotu do komunii na rękę, klękania podczas jej przyjmowania itd. Oczywiście poparło go jakieś grono osób, dostał brawa. Wymachiwał objawieniami prywatnymi, jakimiś zdjęciami - no przyszedł na to spotkanie przygotowany, a jego wystąpienie nie było spontaniczne, tylko z góry zaplanowane. I to mnie najbardziej zasmuciło. Bo przy całym szacunku do poglądów tej grupy, których bliżej nie przytaczam i nie komentuję obszernie, choć się z nimi nie zgadzam, szkoda, że nie można pogadać o innych, ważnych, czy mniej ważnych rzeczach, bez takiego zapętlenia na jednej tylko kwestii i bez zacietrzewienia, które chciałoby zdogmatyzować rzeczywistości wcale niepierwszorzędne... Ale poza tym incydentem było naprawdę miło...

Wczoraj zaś o poranku, udaliśmy się do Instytutu Polskiego, czyli do takiego montrealskiego Domu Spokojnej Starości dla Polaków, w którym odprawiliśmy Mszę Świętą i poszliśmy z "kolędą spowiedniczą". Niektórzy z pensjonariuszy chcieli skorzystać z okazji do spowiedzi. Szli więc przed nami "ministranci", czyli panie opiekunki, które pytały o to mieszkańców, a my po prostu realizowaliśmy ich oczekiwania. Najbardziej rozbawiła mnie scena, kiedy przechodząc przez jedno z miejsc wspólnego pobytu, na mój widok jedna z babć spytała drugą - to jakiś ksiądz jest? na co ta druga - tak, spowiadać przyszli... Pierwsza zaś - no do tego to ja bym na pewno do spowiedzi nie poszła... Nie dopytywałem się o motywacje tak zdecydowanej i nagłej decyzji. Być może się owej pani po prostu z kimś skojarzyłem... Jedno jest pewne - biorąc pod uwagę moje gabaryty, z pewnością nie było to skojarzenie ze śmiercią z kosą przechadzającą się po korytarzu instytutowym...:)

Wieczorem zaś spacer... Pierwszy od czterech dni. Trochę brakowało czasu, a poza tym jednak temperatura - ona nie nastraja do długich przechadzek. Ale wczoraj się trochę zmusiłem i choć wicher zawiewał, to poszedłem. Znów sporo refleksji. Kiedy tak patrzyłem na miasto spowijane powoli i delikatnie przez ciemności, na spieszących się ciągle ludzi, na kolorowy tłum... Znów wróciła myśl - mam tylko jedno życie... Jak je spożytkować, żeby przyniosło ono radość nie tylko mnie, w jaki sposób je przeżyć, żeby nie uronić ani jednej chwili, która mogłaby być dla...? Czy to miasto mnie potrzebuje? A może inaczej - czy Bóg potrzebuje mnie w tym mieście? A może jeszcze inaczej - gdzie On mnie dziś najbardziej potrzebuje? Rzecz jasna nie było to szczególnie racjonalne zastanawianie się nad ewentualnym wyjazdem do Kanady, nic takiego na tę chwilę raczej nie rozważam, ale Pan jest nieprzewidywalny... Niemniej miałem wczoraj takie wołanie w sercu, modliłem się właściwie o to przez całą drogę - żebym wiedział, co mam robić i żeby moi przełożeni, natchnieni Bożym Duchem również wiedzieli...

Dziś medytując o poranku nad Słowem, pomyślałem sobie, że od kilku dni słyszymy ten dialog Jezusa z Żydami, który nie należy do szczególnie łatwych, ani nie jest pełen uśmiechów i wymiany kurtuazyjnych poglądów na temat pogody, czy sytuacji politycznej. Rozmowy o rzeczach trudnych same często są trudne, a mam takie wrażenie, że jednym z najlepiej wyuczonych przez Żydów gestów jest...sięganie po kamienie. Ale jednocześnie co jakiś czas mimochodem niejako, ewangelista infrormuje - gdy to mówił, wielu uwierzyło w Niego. Czy było to grono frustratów, którzy mieli "na pieńku" z ówczesnymi elitami, czy raczej tacy, których serce wreszcie uległo prawdzie Bożej? Jeżeli nie wykonuję dzieł mojego Ojca, to mi nie wierzcie... Jego nauczanie i dzieła, które czynił można było oceniać różnorako, ale na jedno trudno było sobie pozwolić... na obojętność. Mało było takich, którzy pozostawali obojętni na to, co działo się w związku ze "sprawą Jezusa"... I ta wiara rodzi się w tak różnych kontekstach. Czasem poród jest łagodny, a czasem niezwykle bolesny, związany wręcz z zagrożeniem życia. Kiedy jednak wiara się już narodzi, okazuje się, że było warto...

Tak sobie myślę, że nie wolno się bać... Nie wolno się chować za eufemizmami, za gładkimi słówkami, za nowomową, która rzekomo skuteczniej pozyska ludzi dla wiary. Nie mają oni bowiem uwierzyć w cokolwiek i nie mają wierzyć jakkolwiek. Ale mają wierzyć w Jezusa i Jego prawdę, którą trzeba ukazywać w sposób zdecydowany, nazywając "rzeczy po imieniu", a innymi słowy mówiąc, nie można się nadmiernie skupić na tych, którzy potencjalnie mogą odejść, ale raczej na tych, którzy zostają i pomóc im zrozumieć dlaczego zostali... Jezus wobec pustoszejących pól nie zmienia nauczania i nie rzuca się w pogoń za ludźmi. Pyta rzeczowo Apostołów - czy i wy chcecie odejść? A jeśli nie... To dlaczego chcecie zostać?