Rozważania ojca Michała Nowaka


Rozważania ojca Michała Nowaka OFM Conv
Kwiecień 2018
1 2 3 4 5 6 7
8 9 10 11 12 13 14
15 16 17 18 19 20 21
22 23 24 25 26 27 28
29 30
 
Maj 2018
1 2 3 4 5 6
7 8 9 10 11 12 13
14 15 16 17 18 19 20
21 22 23 24 25 26 27
28 29 30 31
 
Czerwiec 2018
1 2 3
4 5 6 7 8 9 10
11 12 13 14 15 16 17
18 19 20 21 22 23 24
25 26 27 28 29 30
 
Lipiec 2018
1 2 3 4 5 6 7
8 9 10 11 12 13 14
15 16 17 18 19 20 21
22 23 24 25 26 27 28
29 30 31

Ojcowska wola... matczyna wola...

2012-03-07

Mili Moi...

Przyznam, że urodziny (których raczej nie lubię) minęły mi niezwykle sympatycznie. Tak się złożyło, że tegoż samego dnia wszyscy bracia z Montrealu spotkali się na comiesięcznym dniu skupienia. Nie zabrakło więc życzeń, Mszy Świętej w mojej intencji, uroczystego obiadu i ogólnej atmosfery życzliwości. To było naprawdę miłe. Mało tego, kiedy śledziłem sytuację choćby na Facebooku, to mnóstwo życzliwych osób napisało choć kilka słów życzeń. To wielka radość mieć świadomość, że są wokół ludzie, którzy dobrze o mnie myślą i życzą mi również dobrze... Dawno już nie miałem tak miłych urodzin:)

Wieczorami spotykamy się na rekolekcjach z Polakami zamieszkującymi tę parafię. Jest ich całkiem sporo. Ja nie mam skali porównawczej, ale proboszcz tutejszy twierdzi, że znacznie więcej, niż zwykle bywało. To miłe... Oczywiście ciągle ktoś przychodzi zakupić płytę - bo przeciez z pewnością ma ojciec jakieś płyty, na których ojciec śpiewa... No nie mam... Ale jak to? Trzeba koniecznie nagrać... Prosze Pani - czasem jeszcze trzeba jeść i spać:). A na wszystko czasu nie wystarcza... W każdym razie cieszę się, że lud słucha, że lgną do spowiedzi (zwykle przez całą godzinę przed Mszą mam co robić).

Chodzi za mną Słowo o miłosierdziu. Wspominałem już kilka dni temu, że jakoś bardzo mówi do mojego serca Jezus w tej kwestii, że nie wolno mi się ograniczać tylko do głoszenia, że te uczynki miłości powinienem mieć również przed oczami. W dzień urodzin znów - bądźcie miłosierni. Mało tego. W ramach konferencji na dniu skupienia, o. Władyslaw przedstawiał postać... św. Brata Alberta (chodzące miłosierdzie). Pytam więc Pana do czego mnie przygotowuje, jaki ma pomysł, bo jakoś wyraźnie czuję, że to wszystko ku czemuś zmierza...

A dziś matka Jakuba i Jana... Co za zaradna kobieta... Myślę sobie jak długo ten pomysł musiał dojrzewać w jej głowie. Jak bardzo też musiała być wpatrzona w swoich synków, że przychodzi prosić dla nich o teki ministerialne. Moment wybiera najgorszy z możliwych. Jezus mówi o męce, a ona przychodzi z Nim pogadać o zaszczytach. Ale może trochę spanikowała, może uznała, że nie można z tym zwlekać, wszak Mistrz zaczyna jakoś dziwnie mówić i coraz częściej wspomina coś o swojej śmierci. Niech On robi co musi, ale moi synkowie... Trzeba zdabać o ich przyszłość, być może to już ostatnia chwila...

Ta matczyna zaradność rodzi uśmiech na twarzach tych, którzy wiedzą co z Jezusem i Jego uczniami będzie dalej. Zawsze ten, kto nie widzi nic poza czubkiem własnego nosa budzi uśmiech na twarzach (w najlepszym przypadku). Może bowiem budzić również oburzenie... Tak jak stało się z grupą uczniów. Jezus ich wszystkich zawstydza. Zdaje się, że oni nadal nie rozumieją, ale przeżywają swoiste zażenowanie - zarówno ci, którzy prosili, jak i ci, którzy się oburzali. Bo Jezus chce od nich zupełnie czego innego...

Kiedy myślę o matczynej zaradności, przychodzą mi do głowy dwie matki, które znam osobiście, a które pyszniły się swoimi synami. Naprawdę się pyszniły i było to ciężko strawne dla każdego, kto był zmuszony ich opowieści słuchać. Obaj synowie byli kapłanami. Piszę byli, bo dziś już funkcji kapłańskich nie pełnią. Zdecydowali się porzucić kapłaństwo i tkwią w związkach z kobietami. Wspomniane mamy znam do dziś... Ale już nikogo nie zaczepiają, nawet same nie dają się zaczepić. Na początku wylewały łzy, czując się upokorzone i oszukane przez własnych synów. Dziś już nie płaczą, a z pierwszych ław w kościele przeniosły się do bocznej nawy... Nikt w nich już nie rozpoznaje tych mam, którym usta się nie zamykały. Nie wiem czy rozmawiały z Jezusem o swoich synach, ale z ludźmi właściwie o niczym innym... Czasem mam ochotę zapytać je co dziś o tym wszystkim myślą... Nie po to, żeby dokładać im zmartwień, ani się nad nimi znęcać (przy każdej Drodze Krzyżowej w czwartej stacji pamiętam o nich i o tak wielu innych matkach zagubionych kapłanów). Mam po prostu nadzieję, że z "matek Jakuba i Jana" (wpatrzonych w swoich synków jak w obraz) zmeniły się w "święte Moniki" wpatrzone w Jezusa i proszące Go o wypełnienie Jego woli wobec ich synów... Jego woli...

A na koniec... Amerykański orzeł rzucił się w przepaść... po chwili się z niej wynurzył i usiadł na gałęzi. Podchodzi do niego sęp i mówi - orzeł, co robisz? Relaksuję się... Oooo... to ja się porelaksuję z tobą - odpowiada sęp i obaj rzucają się w przepaść. Kiedy znów usiedli na gałezi, podszedł do nich kojot i mówi - cześć chłopaki, co robicie? Relaksujemy się - odpowiedzieli zgodnym chórem orzeł i sęp... Ooooo, to ja z wami... Rzucili się w przepaść wszyscy trzej... Lecą, lecą, lecą... Aż w pewnej chwili orzeł mówi - ty, kojot, ale skrzydła to masz???