Rozważania ojca Michała Nowaka


Rozważania ojca Michała Nowaka OFM Conv
Czerwiec 2018
1 2 3
4 5 6 7 8 9 10
11 12 13 14 15 16 17
18 19 20 21 22 23 24
25 26 27 28 29 30
 
Lipiec 2018
1 2 3 4 5 6 7
8 9 10 11 12 13 14
15 16 17 18 19 20 21
22 23 24 25 26 27 28
29 30 31
 
Sierpień 2018
1 2 3 4 5
6 7 8 9 10 11 12
13 14 15 16 17 18 19
20 21 22 23 24 25 26
27 28 29 30 31
 
Wrzesień 2018
1 2
3 4 5 6 7 8 9
10 11 12 13 14 15 16
17 18 19 20 21 22 23
24 25 26 27 28 29 30

no to w drogę...

2012-02-19

 

 

Mili Moi…

Bardzo pracowita sobota za mną… Od rana bowiem prowadziłem dzień skupienia dla ciekawej grupy ludzi zorganizowany przez siostry franciszkanki z Gdańska. Jedna z nich ma taki dar – przyciągania:) A ludzie różnorodni i choć pierwszy raz takie spotkanie miało miejsce, to przeżyli je doskonale i pierwsze komentarze były bardzo pozytywne. Jest oczekiwanie, żeby to dzieło kontynuować I cudownie… Wielu z nich skorzystało również z sakramentu pojednania, co dla mnie, jako kapłana, jest szczególnie cenne, bo móc uczestniczyć w procesie nawrócenia danego człowieka, który sam w sobie jest cudem daje naprawdę ogromnie dużo radości.

 

Po skupieniu w Gdańsku udałem się szybciutko do Gdyni, gdzie wraz z o. Mateuszem nagraliśmy komentarze do Słowa Bożego na wszystkie niedziele Wielkiego Postu. Poszło całkiem sprawnie, choć nie jest to łatwa robota. Bo mimo tego, że właściwie wszystko można powtórzyć, czy zatrzymać i zrobić jeszcze raz, to jednak trwałość tego słowa chyba również jest większa. Nie „ulatuje”, bo można je odszukać, wrócić do niego, wysłuchać jeszcze raz. I być może rodzi to większe poczucie odpowiedzialności za to słowo, być może po prostu głosiciel musi się do głoszenia naprawdę przyłożyć.

 

Wróciłem bardzo późno do domu, a tam jeszcze czekało mnie pakowanie. Nie jest to specjalnie skomplikowany proces, kiedy wyjeżdżam niemal co tydzień i muszę zabrać kilka potrzebnych rzeczy, zwykle takich samych. Tym razem jednak było inaczej, bo muszę się spakować na dobre półtora miesiąca, a jadę w miejsce, z którego nie da się po prostu „podjechać” i czegoś wziąć… Dlatego pół nocy się zastanawiałem czy wszystko wziąłem, czy niczego nie zapomniałem i oczywiście nadal jestem dosyć niespokojny w tym temacie…

 

Dziś natomiast dojechałem już do Niepokalanowa, w którym spędzę kawałek nocy, bo już nad ranem wybieramy się na lotnisko. O 6.15 samolot do Amsterdamu, tam ośmiogodzinne oczekiwanie na następny samolot, którym przez następne dziesięć godzin będę leciał do Montrealu. Wszystko to po to, alby wygłosić tam rekolekcje dla Polaków gromadzących się w naszych, franciszkańskich parafiach.

 

Z jednej strony bardzo mnie to cieszy. Jest w tym pewnie jakieś podniecenie podróżnika. A z drugiej – miałbym raczej ochotę zniknąć, zaszyć się w swoim domku i samemu wejść w głębię nawrócenia w tym Wielkim Poście, do przeżycia którego czuję się jakoś szczególnie zapraszany. Nie zmienia to faktu, że wierzę również w Boże zaproszenie do Kanady. On wie co je mi potrzebne i kiedy, a ja chcę mówić w moim życiu – bądź wola Twoja…

 

Dziś zwrócił na to uwagę Przemek, mój współbrat, w  swoim niedzielnym kazaniu. Mówił o swoistej schizofrenii duchowej tych wszystkich, którzy niemal codziennie, a czasem kilka razy dziennie wołają w modlitwie Ojcze nasz… - bądź wola Twoja, ale swoje życie przeżywają wyłącznie według swojej woli. Tak wielu z nas ma przekonanie, że nasza wola jest najdoskonalsza, my widzimy najlepiej, prośby, które kierujemy do Boga są zawsze słuszne i właściwie wystarczyłoby, gdyby nas słuchał… Gdy tymczasem On nie słucha… I dziś w Ewangelii też trochę zdaje się nie słuchać. Przynoszą Mu paralityka. Dźwiga go czterech ludzi. Dokonują wprost nieprawdopodobnych rzeczy, żeby złożyć go przed Jezusem. Przecież wszystko to po to, aby został uzdrowiony. W ich zachowaniu pobrzmiewa bardzo głośne wołanie do Pana – uzdrów tego człowieka, na co czekasz? Zobacz, że cierpi – my pokornie prosimy, my już nie możemy zrobić nic więcej poza tym przyniesieniem go do Ciebie…

 

A On zdaje się milczeć, wyczekiwać… Może chce się przekonać, czy oni będą w stanie zrozumieć… Co takiego? Że zdrowe liście są niemożliwe, kiedy gniją korzenie. Najpierw trzeba dotrzeć do korzeni, najpierw należy uzdrowić dusze tego człowieka, żeby później i ciało mogło odzyskać zdrowie. Właśnie taka kolejność, nie inna… Kościół o tym pamięta. Sakramenty uzdrowienie sięgają do korzeni. Liście są później. Najpierw to co najgłębiej… Nie wiemy co stałoby się, gdyby Bóg po prostu spełnił prośbę proszących za paralitykiem, gdyby skupił się tylko na uzdrowieniu, gdyby ograniczył się po prostu do cudu znacznie mniejszej wagi… Ale wiemy, że to nie są drogi Boże, że Bóg nie jest kuglarzem, wędrownym cudotwórcą, ale Mesjaszem, który przychodzi szukać i zbawiać to, co zginęło…

 

Pamiętam jedną z opowieści pewnego kapelana w szpitalu, który spotkał człowieka w ciężkim stanie, ale „impregnowanego” na łaskę. W końcu po szczerej rozmowie, bez szczególnego nagabywania ów człowiek zdecydował się jednak na spowiedź… Następnego dnia kapelan przyszedł, powaga na Sali, człowieka nie ma… Umarł w nocy, mówią inni pacjenci, ale po księdza wyjściu odwrócił się do nas i powiedział z ironią – i w czym mi ten ksiądz pomógł? Kapelan uśmiechając się powiedział – no t dziś już wie, w czym mu pomogłem… Sytuacja z życia jednego z naszych braci. Całkowicie autentyczna. Grzesznik dowie się tak naprawdę w czym pomógł mu kapłan, kiedy spotka się z Bogiem twarzą w twarz. Wówczas również zrozumie jak ważne było uzdrowienie duchowe, przed którym tak wielu do ostatniej chwili się broni… Najpierw zdrowe korzenie… Potem zdrowe liście…

 

 

A dziś, tuż przed wyjazdem dostałem sporo smsków z życzliwymi słowami, wyrazami pamięci i serdecznej troski. Wszystkim przyjaciołom i anonimom wielkie dzięki. I zapraszam jeszcze raz do słuchania komentarzy wielkopostnych, które będą zamieszczane na stronie internetowej. www.franciszkanie.tv w każdą niedzielę…