Rozważania ojca Michała Nowaka


Rozważania ojca Michała Nowaka OFM Conv
Listopad 2017
1 2 3 4 5
6 7 8 9 10 11 12
13 14 15 16 17 18 19
20 21 22 23 24 25 26
27 28 29 30
 
Grudzień 2017
1 2 3
4 5 6 7 8 9 10
11 12 13 14 15 16 17
18 19 20 21 22 23 24
25 26 27 28 29 30 31
 
Styczeń 2018
1 2 3 4 5 6 7
8 9 10 11 12 13 14
15 16 17 18 19 20 21
22 23 24 25 26 27 28
29 30 31
 
Luty 2018
1 2 3 4
5 6 7 8 9 10 11
12 13 14 15 16 17 18
19 20 21 22 23 24 25
26 27 28

ludziom dobrej woli...

2012-02-13

Mili Moi...

Dziś 2090 dzień mojego kapłaństwa, dzień, który rozpoczął się bardzo dziwnie. Kiedy powstałem z łoża o 6 rano, jak staram się czynić dnia każdego odczułem w sobie przejmującą potrzebę... nie zgadlibyście... Otóż była to potrzeba zrobienia dziś czegoś, czego efekt byłby dostrzegalny gołym okiem. Pomyślałem sobie - całkiem sporo pracuję, robię różne rzeczy, ale większość z nich przypomina zasiew, podczas, gdy owoce oglądają inni. Dziś zapragnąłem owoców:) Nie zastanawiając się zbyt długo, przywdziałem nieco wierzchniej odzieży i udałem się z wizytą na podwórko, bo pamiętałem, że wczoraj całkiem sporo śniegu na nim leżało. I nie zawiodłem się:) Zacząłem energicznie machać łopatą, czym wprawiłem w zdumienie naszego klasztornego Miecia Złotą Rączkę, który przyszedł tuż po mnie czując się w obowiązku również szuflować. Mało tego... Po chwili wyległa na zewnątrz nasza pani kucharka, ba nawet nasz senior, o. Ferdynand, który swym oczom nie mógł uwierzyć. Tak to wywołałem niemałe zamieszanie, ale kiedy już wszyscy wrócili do siebie, zająłem się odśnieżaniem, co robiłem po raz ostatni chyba w czasie studiów... Namachałem się półtorej godziny, efekt był widoczny gołym okiem, skorzystałem z propozycji pani kucharki i wypiłem herbatkę z miodkiem i cytrynką, no i dzień się zaczął naprawdę dobrze. Tak to, jak powiada jeden z moich penitentów, oczywiście szydząc ze mnie okrutnie, "te święte, namaszczone, kapłańskie dłonie, zajmowały się dziś takimi przyziemnymi sprawami":)

Potem było już tylko lepiej. Udało mi się stworzyć cztery komentarze na niedziele Wielkiego Postu, bo trzeba je wkrótce nagrać, wszak za tydzień, dokładnie, udaję się za Wielką Wodę... Żeby nie przegrzały mi się zwoje mózgowe, wyskoczyłem też pozałatwiać tysiące (oczywiście) spraw - bank, poczta, Centrum Kultury "Światowid", zegarmistrz - to tylko niektóre z miejsc dziś odwiedzonych. Energii "odśniegowej" z poranka było więc niemało, choć o tej wieczorowej porze wyraźnie odczuwam, że było dziś nieco więcej pracy fizycznej, niż zwykle.

A w dzisiejszej Ewangelii najbardziej wybrzmiewają mi w sercu słowa - zostawiwszy ich odpłynął... Jakoś to Słowo walczy z moim wewnętrznym przekonaniem, że przecież nigdy nie można rezygnować z człowieka, że trzeba walczyć o niego do samego końca. A jednak dziś Jezus pokazuje, że są tacy, którzy choćby mieli dowody czarno na białym, to i tak w swej przewrotności nie uwierzą. Może rzecz tkwi w odejściu polegającym na zmianie taktyki. Może zamiast natrętnego ukazywania prawdy, trzeba czasem przejść do ofensywy modlitewnej, ograniczając się do walki o człowieka tą bronią, która już niejedno serce skruszyła. A może czasem naprawdę trzeba mieć odwagę, żeby odejść. Tak, nie mam wątpliwości, że trzeba do tego odwagi. Bo przecież to tak, jakby się skazywało człowieka na wieczny niebyt... Ale hola, hola... Czy nie byłoby to nazbyt pyszałkowate? Sądzić, że tylko przeze mnie Bóg może kogoś nawrócić i przyciągnąć do siebie. Przecież nie jestem jedynym i wcale niekoniecznie najlepszym ewangelizatorem na tym świecie. Być może prawda do tego właśnie człowieka dotrze przez posługę kogoś innego. Bóg nie jest zmuszony działać tylko przeze mnie. Innym słowy nie tylko mnie ma do dyspozycji. Może więc nie powinienem przeceniać swojej roli i czasem zdobyć się na odwagę, żeby odejść...

Pomyślałem też sobie dziś czy ja nie ulegam w moim życiu takiej presji cudowności. Może różnią mnie nieco motywy od wspomnianych dziś faryzeuszów. Ale czasem też mam taką pokusę, żeby powiedzieć Jezusowi - Panie, a nie mógłbyś teraz z cała mocą się objawić w jakiś znaczący sposób. Ile by to spraw ułatwiło, jak bardzo by to pomogło uwierzyć tym wątpiącym, których ja sam nie potrafię przekonać. Ale On nie jest zakładnikiem naszej niewiary. On objawia się tak, jak chce i kiedy chce, zawsze jednak w sposób wystarczająco czytelny... dla ludzi dobrej woli...