Rozważania ojca Michała Nowaka


Rozważania ojca Michała Nowaka OFM Conv
Sierpień 2018
1 2 3 4 5
6 7 8 9 10 11 12
13 14 15 16 17 18 19
20 21 22 23 24 25 26
27 28 29 30 31
 
Wrzesień 2018
1 2
3 4 5 6 7 8 9
10 11 12 13 14 15 16
17 18 19 20 21 22 23
24 25 26 27 28 29 30
 
Październik 2018
1 2 3 4 5 6 7
8 9 10 11 12 13 14
15 16 17 18 19 20 21
22 23 24 25 26 27 28
29 30 31
 
Listopad 2018
1 2 3 4
5 6 7 8 9 10 11
12 13 14 15 16 17 18
19 20 21 22 23 24 25
26 27 28 29 30

szukajcie, a znajdziecie...

2012-01-04

Mili Moi...

Muszę wyznać szczerze, że ogarnęło mnie szalone... poświąteczne lenistwo. Nie umiem się spod niego wygrzebać. Nie dramatyzuję, bo wiem, że trochę odpoczynku na pewno mi nie zaszkodzi. Choć mój organizm chyba nie jest do tego przywyczajony, bo jest tak zdezorientowany, że wczoraj musiałem go zabrać na pogotowie, bo serce postanowiło bić we własnym rytmie, który był zupełnie nieadekwatny do sytuacji odpoczynku... Trochę je spowolniliśmy i jest dziś dobrze. Wczoraj wieczorem odbyliśmy poważną rozmowę i obiecało, że już więcej nie będzie... Nawet jak się zakochiwałem, to takich sercowych wybryków nie doświadczałem...:) Ehhh, niewątpliwie się starzeję...

Natomiast zabrałem się (żeby już tak całkiem się nie lenić) za lekturę "Chaty". Książkę tę otrzymałem od rekolektantów na zakończenie rekolekcji ewangelizacyjnych i musze przyznać, że jestem bardzo mile zaskoczony. Czytam książki na kilogramy, a tę spokojnie mogę wciągnąć na listę pozycji, które zrobiły na mnie wrażenie. Jeszcze nie do końca wiem w czym tkwi jej sukces (konkretnie dla mnie), bo rzeczywiście mierzy sie z najważniejszymi kwestiami dla ludzkiego życia i robi to w sposób niezwykle przystępny. Ale jest w niej także ogromnie dużo takiego serdecznego ciepła, ktore chyba się udziela czytelnikowi. Mnie zdecydowanie się udzieliło. Trochę kosztuje wyjście poza pewne utarte schematy myślenia, ale gdy to już się uda, to przypomina to widok z Połoniny Caryńskiej... Wielki wdech... i trudno wypuścić powietrze... Jeszcze nie doczytałem do końca, ale pełen jestem jak najlepszych przeczuć...

A dzisiejsza Ewangelia jest rozpięta pomiędzy słowami szukać i znajdować. One się jakoś przeplatają w naszym życiu, podobnie jak w życiu Apostołów. Bo fakt, że znaleźli Mesjasza, nie znaczy, że przestali szukać, choć w tym słowie kryły się już zupełnie nowe treści. Wciąż bowiem szukali zrozumienia, którego przecież tak często im brakowało, wciąż szukali siebie w tej historii, swojej roli i swoich zadań, które Jezus powoli im odsłaniał, wciąż szukali siły i odwagi do realizacji misji, które otrzymali wraz z przyjściem Ducha... Szukać, czyli wkładać wysiłek, trud, zmagać się... Nigdy nie ustawać na tej drodze. Nie mylić jej początku z jej kresem. Po co? Otóż po to, aby dokrywać Sprawiedliwego, który jest źródłem wszelkiej sprawiedliwości. Po to, aby stawać się Jego dzieckiem, a nie dzieckiem diabła, który jest ojcem wszelkiej niesprawiedliwości... Jan w pierwszym czytaniu stawia sprawę na ostrzu noża. On jest taki precyzyjny, konkretny, szczery do bólu... A nasze delikatne uszy nie chcą tego znosić. Jak to nazywać kogoś dzieckiem diabła, jak to nazywać kogoś Antychrystem? Nie wolno... Jakim prawem? Przyznam szczerze, ze takie zastrzeżenia, które już nie raz słyszałem, również pod moim adresem, kiedy cytowałem Jana, budzą zawsze uśmiech na mojej twarzy... Nie jest to szyderski uśmiech, ani ironiczny znak wyższości moich przekonań nad innymi, ale jest to uśmiech do świętego Jana. Myślę, że nie spodziewał się, że jego słowa będą ranić uszy chrześcijan XXI wieku...

Nikt nie lubi być konfrontowany z bolesną prawdą. A czasem Słowo przypomina samego Jezusa, który z wielkim gniewem wypędza przekupniów ze świątyni. Czyni to przecież nie po to, zeby ich upokorzyć, pognębić, czy zniszczyć, ale po to, żeby zrozumieli i nawrócili się. Czasem trzeba silniejszych środków, bo łagodne okazują się nieskuteczne. Myślę sobie, ze właśnie wobec tych, którzy każdego dnia są w kościele (również nas, księży) trzeba czasem bardzo mocnego Słowa, bo mamy tendencję do puszczania mimo uszu wielu słow tak dobrze nam przecież znanych. Myślę sobie, ze czasem sam Pan musi uderzyć w stół... Nie mieści mi się w głowie, żeby myśleć o sobie jako o dziecku diabła (sądzę, ze innym uczestnikom dzisiejszej liturgii również nie byłoby łatwo tak myśleć o sobie), nie chcę myśleć o sobie jako o Antychryście... Tym bardziej Słowo jest mobilizujące. Pobudza do refleksji co zrobić, żeby...

I wracając do Ewangelii - szukać... Wciąż szukać. Uczynić z szukania naczelne zadanie. Ale zawsze po to, aby odnaleźć, bo szukanie nie jest celem samym w sobie. A przywołując słowa samego Jezusa - kto szuka, ten znajduje, wierzę, że są Mu mili wszyscy, którzy ze szczerą postawą wkładają wysiłek w odnalezienie Mesjasza. A jak już znajdą, ich życie zmienia się w sposób nieprawdopodobny. Nowe staje się wszystko. To, co dotychczas zostaje przemienione nowością samego Jezusa. Pokazuje to historia Apostołów, którzy z entuzjazmem dzielą się z innymi wieścią - znaleźliśmy Mesjasza... Ten entuzjam zaprowadzi większość z nich aż na krzyż... Ten, kto znalazł, już nigdy nie chce zgubić, nigdy, w żadnych okolicznościach... nawet w obliczu śmierci...