Rozważania ojca Michała Nowaka


Rozważania ojca Michała Nowaka OFM Conv
Wrzesień 2018
1 2
3 4 5 6 7 8 9
10 11 12 13 14 15 16
17 18 19 20 21 22 23
24 25 26 27 28 29 30
 
Październik 2018
1 2 3 4 5 6 7
8 9 10 11 12 13 14
15 16 17 18 19 20 21
22 23 24 25 26 27 28
29 30 31
 
Listopad 2018
1 2 3 4
5 6 7 8 9 10 11
12 13 14 15 16 17 18
19 20 21 22 23 24 25
26 27 28 29 30
 
Grudzień 2018
1 2
3 4 5 6 7 8 9
10 11 12 13 14 15 16
17 18 19 20 21 22 23
24 25 26 27 28 29 30
31

rodzina, ach, rodzina...

2011-12-30

Mili Moi...

Dziś Niedziela Świętej Rodziny... to znaczy taki piątek, co udaje niedzielę. Zwykle w pierwszą niedzielę po Bożym Narodzeniu świętujemy wspomnienie Św. Rodziny, ale tym razem, w pierwszą niedzielę jest Uroczystość Świętej Bożej Rodzicielki, dlatego Niedziela Świętej Rodziny została przesunięta na piątek.

Przyznam szczerze, że kiedy dziś zastanawiałem się nad kazaniem, to zadrżałem... Ale nie wobec kondycji polskich rodzin, bo musiałbym drżeć niczym młot pneumatyczny, ale zadrżałem przed stanięciem na ambonie i utyskiwaniem na wszystko i wszystkich wokół, przed szukaniem przyczyn tak kiepskiej kondycji rodziny i przed rwaniem włosów z głowy nad ich przyszłością... Zastanowiłem się, czy ja znam jakieś szczęśliwe rodziny w swoim otoczeniu i okazało się, że nie jest ich wcale tak mało. Znam wspaniałych, pięknych małżonków, którzy potrafią siebie nawzajem szanować, którzy potrafią okazywać sobie czułość na tysiące sposobów, którzy dbają o swoją relację i naprawdę nad nią pracują...

Zastanowiłem się z czego to wynika... I wyszło mi, że wszystkie te pary oparły swoje życie na wartościach, a nade wszystko na Bogu. Ich wspólne życie nie zaczynało się od dzikiego seksu z naiwnym przekonaniem, że jeśli dopasujemy się w tej dziedzinie, to w innych pójdzie już łatwiej. Ich życie nie zakładało wspólnego mieszkania pięć lat przed ślubem dla sprawdzenia się (może dlatego, że nie byli idiotami i wiedzieli, że zaskoczą się milion razy nawet jeśli 50 lat będą już ze sobą mieszkali). Ale oparli się na Bogu i to na poważnie. Oboje. W żadnym z przywołanych w pamięci małżeństw jedna strona nie ciągnie na siłe drugiej, nie, obie strony są bardzo zaangażowane w odkrywanie Bożego planu na ich życie. I to ten plan jest najważniejszy. To znaczy - w tych domach się naprawdę słucha Boga i w żadnym konflikcie, nawet największym, nawet przez myśl im nie przechodzi, że mogliby się rozwieść, rozstać, rozejść...

To wszystko, co sobie przypomniałem o nich, dało mi ogromnie dużo nadziei. Bo jeśli są tacy, już tu na ziemi, to jest to jakiś dowód na to, że szczęśliwa rodzina nie jest tylko książkową historią, opowieścią rodem z baśni, ale może stać się rzeczywistością. A jak się to kończy? Doskonałym przykładem są beatyfikowani w 2001 roku młżonkowie Quatrocchi... Piękni ludzie... Ta cudowna kobieta twierdziła, że przez 46 lat wspólnego życia, każdego dnia tak samo cieszyła się na dźwięk klucza w zamku, kiedy jej mąż wracał do domu... Po jego śmierci napisała wspomnienie o ich małżeństwie zatytułowane "Radiografia małżeństwa". Pozwólcie, że kilka fragmentów zacytuję...

Byliśmy jedną wielką bryłą skalną, jednolitą, bo utworzoną z jednego materiału. Nigdy tak wyraźnie nie ujrzałam chrześcijańskiego małżeństwa w postaci jednolitego głazu, jak wówczas, gdy wynoszono z domu martwe ciało Alojzego. Pochyliłam się, zdruzgotana stratą. Wtedy uświadomiłam sobie, że straciłam moją głowę, mojego króla.

Straciłam odłamek skalnej bryły, którą razem tworzyliśmy. Ten jednolity głaz był chciany przez Boga i uświęcony przez sakrament małżeństwa, stworzony i uformowany przez wzajemne zrozumienie i miłość. To miłość sprawiła, że stał się niepodzielny, niemożliwy do rozbicia. Promieniał światłem i ciepłem dzięki postępom dwóch dusz w miłości i łasce.

Jak dalej żyć, po doświadczeniu takiej jedności, coraz bardziej docenianej i sprawiającej coraz większą rozkosz przez prawie pół wieku? Jak wytrzymać rozsypywanie się skały, rozrywanie się materiału pozbawionego osnowy? (...)

Piękno śpiewu ptaków, zachodu słońca, górskiego szczytu, morskiego brzegu, obrazu, koncertu, gestu odwagi czy dobroci wszystko to przeżywane wspólnie, jednym drgnieniem serca, jednym odruchem radości. Wszystko to znaczy żyć w najpełniejszym tego słowa znaczeniu. Wyrzeczenia, znoszenie cierpienia, trudnej próby, które przyjmuje się z miłością. Przyjęcie doznanej krzywdy, rozczarowania, ból serca z powodu duchowej udręki, wszystko to znoszone razem jako ofiara, całopalna żertwa i przyspieszenie postępu duchowego. Wszystko to jest światłem życia.

Wspólna radość z pracy, z apostolstwa i poświęceń. Wspólna radość z intelektualnego rozwoju dzięki odkrywaniu nowych prawd w świetle mądrości. Dzielenie się radością z poznawania Boga i ze wspólnej modlitwy, która jest wznoszeniem się duszy ku Bogu i rozmową z Nim. Tym właśnie jest całkowite zlanie się dusz.

Miłość to pragnienie przyniesienia ulgi, pocieszenia, sprawienia przyjemności ukochanemu i nieustanna troska o zaspokojenie jego naj skrytszych i niewyrażalnych pragnień. Gdy to wszystko nie przytłumi życia wewnętrznego, nadprzyrodzoności uczucia ani intensywności oddania się Bogu, ale stanie się niemal modlitwą w uwielbieniu ukochanego, który jest mężem, ojcem, przyjacielem i synem wszystko to będzie wyrażać prawdziwą miłość.

Udręczona troska o jego bezcenne życie, coraz większy podziw dla niego, coraz większy lęk o jego ziemski koniec, niespokojne czekanie na spóźniającego się, które w momencie powrotu przemienia się w radość i szczęście. To wszystko jest szczęściem miłości. (...)

Mówiłam mu w ostatnich latach, że powinien mniej palić. Błagałam go, żeby się zdecydował na to umartwienie, mówiąc: "wiesz przecież, że jesteś po trosze moim synem". Uśmiechał się w milczeniu, jakby na znak zgody. (…)

Poczucie nieużyteczności podcina skrzydła woli działania, przytrzymuje przy ziemi, sprawiając, że tak trudno się wznieść ku górze, wzlecieć ku Boskiej Nadziei! Brakuje tej jedności, która rodzi się z miłości dwóch osób i trwa dzięki umocnieniu w wierze i nadziei. Bez tej jedności życie staje się udręką.

Po ludzku rzecz biorąc, nic już dla mnie nie ma wartości, nic nie jest ciekawe ani interesujące. Skoro nie ma już jego, nie czuję się przywiązana do żadnej rzeczy. Jak mówi autor Naśladowania, wszystkie radości przemieniły się w gorycz.

Brakuje mi jego siły i mocy, które były wsparciem w każdej wątpliwości i zmartwieniu, światłem w ciemnościach wahań. Zawsze pomagał mi iść pewnym krokiem ku prawdzie, dobru, ku temu, co słuszne. (…) żyć tak razem, nieustannie wspierając się nawzajem, znaczyło żyć w poczuciu bezpieczeństwa. (...)

A zatem to możliwe... Miłość aż po grób, miłość, która nie ustaje, miłość, która się nie kończy. Boże, jak wielkie to źródło nadziei dla takich jak ja, dla ludzi, którzy nie doświadczyli pełnej rodziny, którym nie było dane doznać czułości ojca i matki. Kiedy dziś patrzę na szczęśliwych małżonków, to nie ma we mnie zazdrości, ale jest wielka radość, że ich dzieci mogą doświadczać jedności i miłości swoich rodziców - obojga. Dla mnie, celibatariusza, obraz szczęśliwej rodziny jest tym ważniejszy, że jest dla mnie pociechą wobec ofiary, którą składam w swoim życiu. Tak, bo to jest ofiara i róznie się ją przeżywa, to znaczy myślę o różnym rozłożeniu akcentów w różnych chwilach życia. A mówiąc dokładniej są chwile, kiedy tęskni się za bliskością drugiego człowieka, kobiety, za wspólnym byciem, czułością itd. Ale są również chwile (i te dla mnie osobiście są dużo trudniejsze), kiedy cierpieniem jest świadomość, że żaden maluch nigdy nie powie do mnie "tato", że mój syn nie zaśnie na mojej piersi, wtulony we mnie, bezpieczny...

Dziękuję więc wszystkim tym, którzy wolą słuchać Boga, niż twórców "Mody na sukces". Świat was potrzebuje, choć może nie zdaje sobie z tego sprawy. Ja was potrzebuję... przywracacie mi radość życia i nadzieję... Bądźcie!!!