Rozważania ojca Michała Nowaka


Rozważania ojca Michała Nowaka OFM Conv
Listopad 2017
1 2 3 4 5
6 7 8 9 10 11 12
13 14 15 16 17 18 19
20 21 22 23 24 25 26
27 28 29 30
 
Grudzień 2017
1 2 3
4 5 6 7 8 9 10
11 12 13 14 15 16 17
18 19 20 21 22 23 24
25 26 27 28 29 30 31
 
Styczeń 2018
1 2 3 4 5 6 7
8 9 10 11 12 13 14
15 16 17 18 19 20 21
22 23 24 25 26 27 28
29 30 31
 
Luty 2018
1 2 3 4
5 6 7 8 9 10 11
12 13 14 15 16 17 18
19 20 21 22 23 24 25
26 27 28

jak złodziej...

2011-08-30

Mili Moi...

Inspirujący komentarz pod poprzednim wpisem, chociaż... Niewątpliwie Jezus w Ogrójcu drży i lęka się tego, co przed Nim, tego, co nieuniknione. Ta konfrontacja jest już przecież tak blisko, a On jest w stanie przewidzieć ją w najdrobniejszych szczegółach... Nie zmienia to faktu, że ku niej z szaloną w ludzkim rozumieniu konsekwencją zdążał. Krzyż i męka nie jest przypadkiem, czy zbiegiem przykrych okoliczności. Ona Go nie zaskakuje. Zmierzając do Jerozolimy, Jezus doskonale wie, co Go tam czeka i mówi o tym do swoich uczniów wielokrotnie. A zatem nie próbuje unikać tego, co trudne i bolesne, choć, jak ktoś zauważył we wspomnianym komentarzu, drży na myśl o męce i nawet prosi Ojca o jej odsunięcie, choć tuż po owej prośbie dodaje swoją świadomą zgodę na pełnienie Jego woli... I to jest istota... Chodziło mi raczej w poprzednim wpisie o ukazanie pewnej tendencji naszego życia. Jeśli jest to tendencja do unikania cierpienia na wszelkie możliwe sposoby (czego nie odnajdujemy u Jezusa), to wówczas przełamanie tej ludzkiej niechęci do cierpienia będzie zawsze ukazywane jako niezmierny heroizm, nawet jeśli będzie dotyczyło rzeczywistości niezwykle błahych. Kiedy natomiast pójdziemy drogą Jezusową, czyli rzecz jasna nie będziemy na siłę szukać cierpienia, bo chrześcijanin nie jest masochistą, ale kiedy ono się pojawi na horyzoncie, nie będziemy czynić wszystkiego, aby go uniknąć, ale pojmiemy, że może ono mieć dużo głębszy, duchowy sens, wówczas nie każdy wysiłek będzie heroizmem, a drżeć będziemy tylko przed naprawdę wielkim krzyżem, który, powiedzmy to sobie szczerze, nie pojawia się w naszym życiu aż tak często...

Znałem kiedyś pewną babcię Janinę. Była to kobieta, która wiele lat spędziła w łóżku z nowotworem mózgu, który nie chciał jej szybko zabić, ale za to przyparzał jej ogromnych cierpień... Czasem ją nawiedzałem, bo była sąsiadką mojej cioci. Cierpiała niejednokrotnie strasznie, ale przy tym była kobietą niezwykłej wiary, a nawet towarzyszyło jej nieraz natchnienie prorocze. Wiele jej słów dziś, po latach okazuje się prawdziwych, a dotyczyły one różnych ludzi. Babcia Janina niejednokrotnie modliła się o śmierć. Pamiętam, że również składała swoje życie w ofierze, żeby moja mama mogła żyć i wychowywać dalej swojego szesnastoletniego wówczas syna... Tej ofiary Pan nie przyjął... Ale jestem przekonany, że życie babci Janiny było niezwykle płodne. Kiedy dużo później poznałem francuską mistyczkę Martę Robin, to odnalazłem pewną analogię duchową między tymi dwiema kobietami... Rzecz jasna babcia Janina na dużo mniejszą skalę, ale oddziaływała również na ludzi, podobnie jak Marta... Nikt, kto znalazł się obok jej łóżka nie wychodził taki sam... Każdy był jakoś przemieniony i nie waham się tego powiedzieć... pocieszony. Ta stara kobieta potrafiła pocieszać innych, sama, po ludzku, mając niewiele powodów do radości... Emanował z niej taki pokój, tyle ciepła i dobroci dla ludzi... Żadnej złości, zazdrości, krytykanctwa... Ukrzyżowana babcia Janina...

Piszę o tym dlatego, że trochę nowego światła rzuca na to wszystko dzisiejsze Słowo... Sami wiecie bracia, że ten dzień przyjdzie na was jak złodziej w nocy. Ale wy nie jesteście w ciemności, aby ów dzień miał was zaskoczyć... Bo wielu będzie żyło w błogim przeświadczeniu, że są bezpieczni, a wówczas niespodzianie przyjdzie na nich zagłada... Chrześcijanin, który się zmaga, który potrafi przyjąć cierpienie, który z odwagą wchodzi w sytuacje domagające się trudu i wysiłku, który nie marnuje swoich sił na unikanie cierpienia za wszelką cenę (choć podkreślmy jeszcze raz - nie szuka go również na siłę), nie będzie zaskoczony dniem Pana. My jesteśmy wezwani do czuwania, podczas, gdy inni sądzą, że najlepiej się zdrzemnąć, przespać problemy... Nie przeznaczył nas bowiem Bóg, aby dotknął nas gniew, ale by spotkało nas zbawienie... Podnośmy się więc na duchu i budujmy jedni drugich...

Nie wiem czy cierpienie da się w jakikolwiek sposób zrozumieć... Próbowało już tak wielu... Nawet jedna z ksiąg biblijnych cała jest mu właściwie poświęcona... Czy jednak jesteśmy bliżej zrozumienia czegokolwiek? Czy łatwiej nam sie z nim mierzyć? Nie sądzę... Każdy kto o tym pisze naraża się natychmiast na zarzut - a co ty wycierpiałeś w swoim życiu, co daje ci prawo wypowiadać się na ten temat w sposób autorytatywny? Nigdy nie lubiłem się licytować i nie będę tego robił w sprawach tak nieporównywalnych jak poziom cierpienia, ale sądzę, że trzeba o tym mówić... Zawsze we wszystkim naśladować Jezusa... Nawet jeśli z lękiem, to pewnym krokiem z przekonaniem, że w tym wszystkim chodzi o coś więcej... No i szukajcie ludzi takich jak babcia Janina... Oni bardzo skutecznie uczą cierpieć... A człowiek, który umie cierpieć, nie będzie zaskoczony... Czym? No właśnie niczym...