Rozważania ojca Michała Nowaka


Rozważania ojca Michała Nowaka OFM Conv
Listopad 2017
1 2 3 4 5
6 7 8 9 10 11 12
13 14 15 16 17 18 19
20 21 22 23 24 25 26
27 28 29 30
 
Grudzień 2017
1 2 3
4 5 6 7 8 9 10
11 12 13 14 15 16 17
18 19 20 21 22 23 24
25 26 27 28 29 30 31
 
Styczeń 2018
1 2 3 4 5 6 7
8 9 10 11 12 13 14
15 16 17 18 19 20 21
22 23 24 25 26 27 28
29 30 31
 
Luty 2018
1 2 3 4
5 6 7 8 9 10 11
12 13 14 15 16 17 18
19 20 21 22 23 24 25
26 27 28

nie bój się

2011-06-22

Mili Moi...

Wczoraj nawiedziłem Gdynię, a w niej moich przyjaciół Kasię i Rafała. Nie do końca bezinteresownie, bo Kasia, jako lekarz, który sam chodził niegdyś na pielgrzymki, każdego roku kompletuje mi listę leków, które muszę nabyć. Ale każda okazja jest dobra do tego, żeby się spotkać. Przy okazji znów zrodziła się we mnie refleksja, jakim ważnym wsparciem dla duszpasterza są zaprzyjaźnione pary małżeńskie. One, zwłaszcza kiedy są zbudowane na zdrowych fundamentach i szczęśliwe, wysyłają niezwykle ważny komunikat o tym jakim pięknym dziełem Pana jest rodzina. To dzięki takim dobrym spotkaniom, my wzrastamy w swoim powołaniu, i dzięki tym pięknym rodzinom, możemy coś radzić tym rodzinom, które również do nas przychodzą, a takiego piękna szukają, bo się pogubiły. To właśnie kontakty z małżonkami pokazują mi również wartość celibatu, a raczej ślubu czystości. Wzajemnie się uzupełniamy. Oni czerpią ze mnie, a ja z nich. Niedawno czytałem wypowiedź jakiegoś psychologa, który stwierdzał, że celibatariusze mogą być nawet lepszymi doradcami małżeńskimi, bo nie przekładają w sposób nieświadomy problemów swojego związku na tych, którzy przychodzą po radę. On sam, jako małżonek i psycholog, musi mieć superwizera, który uchroni go od pomieszania porządków. To ciekawy argument, który dołączam do tych za celibatem:) A że temat bardzo lubię i całkiem sporo już przemyślałem, to staję się bogatszy o kolejny głos w tej sprawie... Niemniej chwała małżonkom, zwłaszcza tym, którzy, jak powiedziałem przyjmują mnie i radośnie rośniemy razem ku Jezusowi...

A dziś małych walk ciąg dalszy... Nawet nie wiecie jak trudno jest dziś... wysłać faks. Co się naszukałem w tym Elblągu miejsca, które zajmowałoby się takimi usługami, potem musiałem jeszcze czekać pół godziny, bo pańcia sobie wyszła bez podania godziny, o której wróci. Z jednej strony wolny rynek - fakt, mogę iść gdzie indziej, z drugiej jednak - jakaś kultura i szacunek do klienta... Okazuje się, że pojęcia nie wszystkim znane. Potem walka z prądem na koncert. Mała rzecz, ale wcale nie prosta - co i gdzie będzie podłączone. Kserowanie Konferencji o. Maksymiliana, które będziemy odczytywać na pielgrzymce (wybrane rzecz jasna - nie będziemy przesadzać), porządkowanie medytacji biblijnych, które codziennie rano prowadzę na pielgrzymce, przygotowywanie plakatów o pielgrzymce, które trzeba wywiesić (na każdym nakleić trzeba informacje o grupie, bo plakat jest ogólny), korekty związane z projektem koszulki i czapeczki oraz znaczka, sprawdzanie sprzętu nagłośnieniowego... No tysiące spraw... Ale całkiem sporo udało mi się dziś zrobić...

A kiedy czytam dziś słowa Jahwe do Abrahama, to pokój zalewa moje serce. Nie obawiaj się Abrahamie, bo ja jestem twoim obrońcą... Tyle lęku wokół mnie. Wystarczy zasiąść w konfesjonale, wystarczy zacząć rozmawiać. On jest tak pożerającym uczuciem, dominującym, paraliżującym. Strasznie trudno przekonać ludzi, że w Jezusie nie ma lęku, że w Nim nie musimy się bać niczego, obawiać o nic... Kiedyś ktoś mnie zapytał - ojciec naprawdę w to wierzy? Naprawdę!!! Co więcej, staram się żyć tak jak wierzę, choć czasem i siebie samego muszę przekonywać, że lęk jest czymś, co mi nie pomaga, że mogę go spokojnie zostawić Jezusowi... Nie chciałbym, żeby powstało tu wrażenie, że jest mi jakoś łatwo i prosto, a w związku z tym nie potrafię zrozumieć tych, którym trudniej. Nic z tych rzeczy... Jeśli chodzi o lęk, o niepokój, to chyba każdemu z nas jest trudno... Pamiętam taki szczególny czas lęku o swoje zdrowie podczas studiów w seminarium. Cierpiałem na częste bóle głowy. Wkrótce miało się okazać, że to nadciśnienie, ale wówczas myślałem o najgorszym... I wcale nie o tym, że umrę, ale o tym, że może mnie usuną z zakonu... Wstydziłem się sam za siebie, że lęk potrafił we mnie dominować, odbierać mi radość. Nie mogłem tego zrozumieć. I do dziś chyba nie do końca rozumiem. W każdym razie chciałbym, żebyście wiedzieli, że my kapłani nie jesteśmy wyłączeni z pewnych rzeczy. Dotyka nas wszystko co ludzkie, każdy człowieczy ból ma w nas swoje miejsce... Niczego nam Pan Bóg nie odbiera z momentem przekroczenia furty klasztornej... I dlatego słowa skierowane do Abrahama tchną nadzieją - nie obawiaj się, bo ja jestem twoim obrońcą...