Rozważania ojca Michała Nowaka


Rozważania ojca Michała Nowaka OFM Conv
Listopad 2017
1 2 3 4 5
6 7 8 9 10 11 12
13 14 15 16 17 18 19
20 21 22 23 24 25 26
27 28 29 30
 
Grudzień 2017
1 2 3
4 5 6 7 8 9 10
11 12 13 14 15 16 17
18 19 20 21 22 23 24
25 26 27 28 29 30 31
 
Styczeń 2018
1 2 3 4 5 6 7
8 9 10 11 12 13 14
15 16 17 18 19 20 21
22 23 24 25 26 27 28
29 30 31
 
Luty 2018
1 2 3 4
5 6 7 8 9 10 11
12 13 14 15 16 17 18
19 20 21 22 23 24 25
26 27 28

kto pyta... ten myśli:)

2011-02-07

Mili Moi...

Dziś wróciłem z Lęborka, gdzie spędziłem dobrą niedzielę, wśród życzliwych braci i równie życzliwych parafian. Tak dobrze się głosi, kiedy słuchacze rzeczywiście słuchają i wyrażają to po wyjściu z kościoła. I bynajmniej nie chodzi o pochwały, ale o komentarze do usłyszanego słowa. Kogoś coś zainteresowało, ktoś się czymś przejął, ktoś coś przeżył. To dodaje skrzydeł... Z drugiej strony to "łatwizna" głosić w środowisku, które przynajmniej zewnętrznie się nie sprzeciwia tym treściom, nie występuje wprost z protestem, nie oburza się na moje słowa... Jezus tak łatwo nie miał... Może i ja kiedyś dojrzeję, żeby głosić w zupełnie innych warunkach. Na razie Pan Bóg wychowuje mnie w warunkach "cieplarnianych" i za to jestem Mu wdzięczny i tym, którzy słuchają... Za ich cierpliwość i wyrozumiałość...

Wczoraj rozbawiła mnie pewna pani, która chciała mi zwrócić uwagę na moją słabość, nad którą nie panuję zupełnie na ambonie, a z której zdaję sobie sprawę. Zapamiętując się w tym, co mówię, przyspieszam i to do takich stanów, że dla niektórych jest to niemożliwe do zrozumienia. Porywa mnie Słowo i wówczas już nad tym nie panuję i o tym nie pamiętam. Wracając do wczorajszego dnia. Pewna pani wychodząc z kościoła stwierdziła - ojciec to jest chyba jakimś profesorem... tyle słów na minutę... No musiałem zagryzać wargi, żeby się nie roześmiać. Subtelna uwaga, a wiemy o co chodzi:)

Dziś jedno z moich duchowych dzieci nadesłało mi pytanie, które tu publikuję za jego zgodą, bo warto...

Tak mnie to ostatnio uderzyło. Otóż jak to jest, że w Piśmie świętym są dziesiątki zdań typu: "a WSZYSCY którzy się Go dotknęli odzyskiwali zdrowie", "żebym się choć dotknęła frędzli u Jego szat ..... Zaraz też ustał jej krwotok (...)", "wyciągnął i stała się znów tak zdrowa jak druga" no plus te wszystkie przypowieści, etc. etc. Można to skwitować tym, że Jezus miał 100% skuteczności w tym co robił. Powiedział i było. Albo słowa z książki "Pozwólcie ogarnąć się miłości". "Kiedy idziemy razem, Ja, wasz Przewodnik, wasz Przyjaciel, nie dopuszczę, abyście zbłądzili. Droga wasza stanie się prosta. Zapalę wam Światło Mądrości Mojej. W nim jasno odróżniać będziecie dobro od zła. Ja jestem Prawdą; kto przy Mnie idzie - szybko i pewnie dojdzie do celu; sam go wprowadzę do Mego domu."

Jak to jest, że ja (przeważnie) czytam te Słowa jak ... no jak słowa z książki? Przecież takie cuda dzieją się nawet współcześnie ... ale ja to odbieram jak przypowieść. Tzn. nie żebym umysłem nie wierzył w prawdziwość tych wydarzeń, jednak serce odczytuje to bardziej jak opowieść z morałem. Kurcze, o co w tym wszystkim chodzi?

O co chodzi? Powiedział i było... To prawda... Ale równie często czytamy w Ewangeliach - idź, twoja wiara cię uzdrowiła..., u nikogo w Izraelu nie spotkałem takiej wiary..., wielka jest twoja wiara... Jest jedno miejsce, w którym Jezus nie mógł uczynić znaków i cudów, a było to w Kafarnaum, tam, gdzie się wychował... Odchodząc z tamtego miejsca, jak pisze ewangelista, dziwił się ich niedowiarstwu... A zatem potrzeba tego przekonania, że On może i chce to uczynić... Właśnie tak... Na słowa człowieka - uczyń coś, jeżeli możesz... Jezus odpowiada - jeśli możesz? Wszystko możliwe jest dla tego, kto wierzy... Na słowa trędowatego - Panie, jeśli chcesz, możesz mnie oczyścić, Jezus odpowiada - chcę, bądź oczyszczony... A zatem wiara i przekonanie, że On właśnie tego chce...

Nie zawsze to musi być moja wiara, czego Jezus dał dowód uzdrawiając człowieka, którego przynieśli przyjaciele i spuścili przez dziurę w dachu - Jezus widząc ich wiarę odpuścił mu grzechy i uzdrowił go... O wierze tego człowieka nie ma ani słowa... Warto więc "wyposażyć się" w dobrych, wierzących wstawienników. 

Oczywiście Jezus może uczynić dla człowieka coś również niezależnie od jego wiary, czy świadomości, ale z pewnością im one większe, tym i On może skuteczniej działać... Czasem trudno mówić o wierze, czasem to miłość połączona z uporem... Czyż nie tak było w przypadku Syrofenicjanki, która prosi o uzdrowienie swego dziecka motywując to faktem, że i szczenięta jedzą z okruszyn pańskiego stołu?

Tak, czy owak musi być coś, co człowieka do Jezusa przyprowadza. Nie zawsze jest to ta najwspanialsza z możliwych motywacji... Czasem jest to bardzo prozaiczne, co nie znaczy, że nie ważne. Czy ta, która cierpiała na krwotok szła do Jezusa z motywacją, żeby zmienił oblicze ziemi? Nie, ona pragnęła być zdrowa. I to była jej motywacja, to był jej świat...

Cytujesz książkę. W tych słowach Pan mówi - kiedy idziemy razem... I to kolejny "katalizator" stuprocentowej skuteczności. Pisałem o tym w poprzednim wpisie. Prorok Izajasz zapewnia, że jeśli jesteś z Bogiem, zawołasz tylko, a On odpowie - oto jestem. Jeśli idziesz z Nim... Bo jeśli biegasz gdzieś daleko, po zielonych łąkach, a do Niego zaglądasz jak do punktu usługowego, to niewiele z tej skuteczności możesz doświadczyć. To byłoby niewychowawcze. W twoim życiu chodzi o coś więcej, niż o to, żebyś tylko uzyskał to, o co w modlitwie prosisz. Musisz dojrzewać, a to dokonuje się czasem również poprzez Bożą odpowiedź brzmiącą - nie...

Piszesz, że umysłem łatwo to przyjąć, ale czemu w życiu tak trudno się z tym zmierzyć, zetknąć, przeżyć... Cała rzecz w doświadczeniu, które jest nam wszystkim niezwykle potrzebne, o czym Pan Bóg wie i chętnie nas w nie wprowadza. Ale to znowu częściej dokonuje się w pewnym kluczu, dzięki któremu Bóg "piecze dwie pieczenie na jednym ogniu". Jeśli doświadczenie to najczęściej we wspólnocie, przez jej posługę. Właśnie po to, żeby ze wspólnotą zetknąć, żeby do niej włączyć, żeby pokazać, że to w niej Bóg chce udzielać szczególnego błogosławieństwa. I znowu - nie znaczy to, że Bóg nie może inaczej, bo może, i czasem daje niezwykłe doświadczenie podczas samotnego spaceru w lesie... Ale mówimy o pewnym "Jego zwyczaju" jeżeli możemy użyć takiego sformułowania. Widać tak lubi i to postrzega jako lepsze, skoro chętniej własnie w taki sposób się objawia. Zresztą On wie, co najlepsze dla każdego z nas i w jakiej chwili...

Podsumowując. Wiara i mocne przekonanie, że On może, świadomość i duża chęć spotkania z Nim, wstawiennicy-pomocnicy i doświadczenie, które z tego wszystkiego się buduje... I jeszcze dość oczywista uwaga, że każdy z nas jest inny, a i On jest wolny i może czynić co chce, jak chce i kiedy chce... To nie upraszcza całej sprawy, wręcz przeciwnie, w moim odczuciu czyni ją jeszcze bardziej fascynującą i godną zgłębiania... To tylko kilka myśli, kóre niech zainspirują Czytelników do osobistych poszukiwań:)

A jutro... Drugie urodziny. Czego (bo trudno powiedzieć kogo:) - ano tego, co właśnie czytacie... Mojego bloga:)