Rozważania ojca Michała Nowaka


Rozważania ojca Michała Nowaka OFM Conv
Listopad 2017
1 2 3 4 5
6 7 8 9 10 11 12
13 14 15 16 17 18 19
20 21 22 23 24 25 26
27 28 29 30
 
Grudzień 2017
1 2 3
4 5 6 7 8 9 10
11 12 13 14 15 16 17
18 19 20 21 22 23 24
25 26 27 28 29 30 31
 
Styczeń 2018
1 2 3 4 5 6 7
8 9 10 11 12 13 14
15 16 17 18 19 20 21
22 23 24 25 26 27 28
29 30 31
 
Luty 2018
1 2 3 4
5 6 7 8 9 10 11
12 13 14 15 16 17 18
19 20 21 22 23 24 25
26 27 28

mój Asyż...

2010-09-18

Mili Moi...

No i właśnie wrócłem z "mojego Asyżu". Jaki on jest, możecie już zobaczyć w galerii. Nie do końca wiem jakich słów użyć, żeby wyrazić jak było pięknie... Nie byłem tam po raz pierwsz, ale pierwszy raz postawiłem tam nogę jako zakonnik, kapłan, naśladowca i syn świętego Franciszka. Przewidywałem zatem, że wrażenie będzie piorunujące i takie też było...

Zacznujmy od pogody, bo to Polacy lubią omawiać najbardziej... Było wspaniale. Zabrałem ze sobą rozliczne swetry, których nie użyłem ani razu, bo cały pobyt, to letnie stroje pod habitem. Dla Włochów ciepło już nie było, ale my mogliśmy się zupełnie spokojnie kąpać w basenie, w który był wyposażony camping, na którym mieszkaliśmy. Warunki zresztą były tam przednie i gdybym miał jechać tam jeszcze raz, to pewnie w tym miejscu bym się zatrzymał. Jedyny mankament, to około 3 kilometrów do samego miasta. Ale to pozwoliło mi robić codzienną pielgrzymkę do Franciszka. Wyruszałem około 5 rano. Kilka minut po 6 stawałem przed bazyliką, gdzie bracia przygotowywali się juz do porannych modlitw, które celebrują bardzo okazale. Nie znam języka włoskiego, więc spędzałem cały ten czas przy grobie Franciszka, wschłuchując się w ich niebiańskie śpiewy... Jedyne słowo, które przychodzi mi do głowy, a które jakoś oddaje to, co czułem u grobu naszego Patriarchy, to - bezpiecznie. Czułem się tam naprawdę bezpiecznie, jakby czas się zatrzymał. Nie chciało mi się stamtąd wychodzić, zwłaszcza, że tak rano byłem tam zawsze sam. Tłumy nadciągały dopiero około 8. Siedziałem i siedziałem, i nawet nie wiedziałem co mówić, bo w słowach nie mogłem zawrzeć tego, co czułem, a wszystkich spraw i tak bym nie wypowiedział. Tam "poczułem" Franciszka, jak nigdzie indziej, tam chciałem go słuchać, uczyć się go, chłonąć...

Pierwszego dnia, kiedy zasiadłem w ławkach za mnichami, jeden z nich wydał mi się podejrzanie znajomy. Kiedy się podniósł i poprawił habit, a potem fryzurę, nie miałem wątpliwości - Radek, mój kursowy współbrat, który studiuje muzykę kościelną w Rzymie, a we wrześniu spowiada i oprowadza grupy w Asyżu, tam bowiem został skierowany. Zrządzeniem Opatrzności zatem spotkaliśmy się na świętej włoskiej ziemi i radości nie było końca. Nagadaliśmy się, dzięki niemu też zwiedziłem nasz klasztor wszerz i wzdłuż, a i posiłkiem mnie nie raz uraczył. Jako że Radziu wybitnym organistą jest, to również posłużył na ślubie Kasi i Rafała, z którego to okazji w ogóle w Asyżu się znalazłem. A jako że z Radkiem niejedną imprezę obgraliśmy, mogliśmy też z pamięci zagrać w prezencie Ave Maria. Właściwie on grał, a ja starałem się z głębi swej nieudolności przynucić. Wzruszeń moc. Radek też zadbał, żebyśmy nie wyjechali z Asyżu, nie zwiedziwszy tego świętego miejsca i służył nam za przewodnika. Dar niebios zatem...

Moje dni wypełnione modlitwą, jak już dawno nie były. I to wyjątkowo głęboką, bez pośpiechu, nieobarczoną kolejnym telefonem, czy mailem, który należy wykonać... U św. Klary po raz kolejny mogłem jej wyznać moje najszczersze uznanie i miłość. Są one ogromne i rosną z każdym dniem... Nimi też pobudzony udałem się do San Damiano, czyli tam, gdzie pierwsze klaryski się osiedliły... Moc wzruszeń, zwłaszcza, że wyspałem się na jednej z kamiennych ław, oczekując na otwarcie tego niezwykłego sanktuarium. Trafiłem tam bowiem w porze siesty... Nie udało mi się niestety wybrać do Carceri, ulubionej pustelni Franciszka... A Porcjunkula jak zwykle olśniewająca urokiem Biedaczyny i rozczarowująca ogromną jego nieobecnością... Przynajmniej w moim odczuwaniu...

Małe uliczki Asyżu tak piękne... Dom narodzin Ojca, kościółek z celą w której był więziony przez swojego rodziciela... To wszystko na długo zostanie w mojej pamięci i w duchu... Gdybym kiedyś miał się gdzieś poza Polską starzeć, to tylko tam...

Ślub niezwykły w swoim spokoju. Żadnego parcia, pośpiechu, welonów przyciętych drzwiami limuzyny. Zaciekawione i rozradowane twarze turystów, gromkie oklaski od wszystkich napotykanych, zupełnie obcych... Wielka radość i pokój... I małżeństwo przez nich zawarte potwierdziłem w imieniu Kościoła i pobłogosławiłem w imię Ojca i Syna i Ducha Świętego...

Na dziś tyle, bo po 30 godzinach w autobusie nie stać mnie na więcej, ale pewnie jeszcze nie raz do tego czasu będę wracał, bo o lepszych, piękniejszych franciszkańskich rekolekcjach, nie mogłem marzyć...