Rozważania ojca Michała Nowaka


Rozważania ojca Michała Nowaka OFM Conv
Listopad 2017
1 2 3 4 5
6 7 8 9 10 11 12
13 14 15 16 17 18 19
20 21 22 23 24 25 26
27 28 29 30
 
Grudzień 2017
1 2 3
4 5 6 7 8 9 10
11 12 13 14 15 16 17
18 19 20 21 22 23 24
25 26 27 28 29 30 31
 
Styczeń 2018
1 2 3 4 5 6 7
8 9 10 11 12 13 14
15 16 17 18 19 20 21
22 23 24 25 26 27 28
29 30 31
 
Luty 2018
1 2 3 4
5 6 7 8 9 10 11
12 13 14 15 16 17 18
19 20 21 22 23 24 25
26 27 28

Zofia i Lechosław...

2010-08-28

Mili Moi...

Pozdrawiam was serdecznie już z Kołobrzegu. Jutro tutaj głoszę Słowo i przeprowadzam niedzielę powołaniową... Dziś w drodze przydarzyło mi się coś niezwykłego... Otóż w Gdańsku odbywał się maraton solidarności, czy jakiś inny sportowy wyczyn. Spowodowało to dłuuuuuuuugie stanie w korku. Nagle zadzwonił telefon. Odebrałem (bo stałem w korku rzecz jasna, jadąc nie wolno odbierać:). Męski głos z pewnym zakłopotaniem stwierdził, że dzwoni z nietypową sprawą. Zaczęło się tak - jadę za oplem corsą o numerach rejestracyjnych... Moje nerki zadrżały, bo pomyślałem sobie, że pewnie dym się unosi spod mojego wozu, a ja o tym nie wiem... Ale pan kontynuował... gratulacje. Otóż wyraził swoje uznanie dla... pomysłu zamieszczenia informacji powołaniowej na samochodzie. Stwierdził, że to bardzo śmiały i nowatorski pomysł i szczerze się ucieszył, że są ludzie, którzy nie boją się i nie wstydzą pokazywać w co wierzą. Zaznaczył, że jest człowiekiem o poglądach raczej liberalnych, ale z ludźmi Kościoła ma sporo do czynienia Wiele lat pracował w mediach i stąd zwrócił uwagę na tę "reklamę". Ucięliśmy sobie miłą pogawędkę. To było naprawdę sympatyczne i po raz pierwszy się zdarzyło. Oczywiście jeszcze wiele innych serdecznych słów padło pod adresem naszego zakonu, ale nie będę ich tu przytaczał ze zwykłej ludzkiej skromności:) Chciałbym, żeby mój samochód budził tylko takie reakcje... a przy okazji, żeby pomysł zaowocował choć jednym nowym powołaniem:)

Św. Franciszek mawiał, że człowiek jest tylko tym, kim jest w oczach Bożych, i nikim więcej… Dziś wydaje się, że jego hasło się nieco zdezaktualizowało, a raczej zmodyfikowało. Trzebaby powiedzieć – człowiek jest tylko tym, kim jest w oczach swoich sąsiadów, znajomych, przyjaciół, ludzi żyjących wokół niego…

To, co obserwujemy wokół nas bywa może mało ładnie nazywane „wyścigiem szczurów”. Ale nie tylko obserwujemy. To nie omija chrześcijan. Udział w nim wydaje się czasem koniecznością, wymogiem życia w takim, a nie innym świecie.

Po pierwsze, żeby nie zostać w tyle – no bo jeśli nie będę taki jak inni, to nic nie osiągnę, do niczego nie dojdę…

Po drugie, żeby nie zasłużyć na miano nieudacznika – bo nikt się ze mną nie będzie liczył…

Wyścig szczurów rodzi natychmiast pokusę, której nie sposób się oprzeć – pokusę podziału ludzi, eliminacji niepotrzebnych, czy wręcz zawadzających na drodze mojej kariery, moich spełnień. I tych, którzy mogą okazać się pomocni…

A to nieuchronnie wiedzie do pychy, która nie tylko sprzeciwia się zasadzie wyrażanej przez Franciszka, ale samej Ewangelii, z której bierze ona swoje źródło.

Żeby tego uniknąć, według jutrzejszego Słowa należy zwrócić uwagę na trzy rzeczy.

Po pierwsze na godność ludzką, która jest niezaprzeczalna i niezbywalna. Nie trzeba jej podkreślać swoją butą, pychą, nieuprzejmością, nieuczciwością, ukrywanymi często pod pozorem zaradności, przebojowości i kreatywności.

One nam niczego nie przydają, bo w oczach Bożych jesteśmy zawsze takimi samymi dziećmi godnymi Jego miłości.

Oszukać możemy ludzi – to łatwe; i siebie – to nieco trudniejsze; ale Boga nie – zawsze pozostaniemy Jego stworzeniem…

Moja godność jest taka sama jak godność tego obok. Szanując siebie, koniecznie muszę uszanować jego. Słowo zachęca do łagodności i tego niewątpliwie naszym społecznościom dziś brakuje. 

Godność ludzka jest absolutnie wspólnym fundamentem, na którym spotykam drugiego człowieka i jako człowiek i chrześcijanin nie mogę jej w żaden sposób naruszać.

Po wtóre na umiejętność słuchania. To bardzo ważna cecha, która wyrasta z szacunku do drugiego. Usłyszeć co do mnie mówi człowiek… To wręcz cecha mędrca.

Czy nie dlatego Jan Paweł II był tak kochany? On potrafił się cały skupić na jednym człowieku, słuchać tego, co on miał do powiedzenia… Tak rodzą się autorytety…

Prymas Wyszyński wstawał z szacunkiem od biurka także wtedy, kiedy sprzątaczka wchodziła nieśmiało, aby opróżnić kosz ze śmieciami… i słuchał z uwagą jej słów

Kiedy słucham drugiego człowieka, rodzi się pokora wobec jego świata, który spotkał się z moim…

Wreszcie Słowo zwraca uwagę na cel mojego życia, który jest niezwykły – przystąpiliście do miasta Boga żyjącego, na uroczyste zebranie, do Kościoła pierworodnych, do duchów sprawiedliwych, do Boga, który sądzi wszystkich…

A to zobowiązuje i rodzi zupełnie nowe motywacje…

Czy zatem chrześcijanin jest skazany na porażkę w dzisiejszym świecie? To wszystko zależy od naszego rozumienia sukcesu… jakim wpływom ulegamy…

Kiedy byłem klerykiem, po pierwszym roku zostałem skierowany na nietypową praktykę, do ośrodka dla bezdomnych w Policach. Prowadziło go małżeństwo starszych, schorowanych, a dziś można już powiedzieć - świętej pamięci ludzi - Zofia i Lechosław. Kiedy tam dotarłem, co nie bylo łatwe, bo dom mieścił się w jakichś starych zabudowaniach po elektrowni, gdzieś na końcu miasta, byłem przerażony. Ubóstwo wyzierało z każdego kąta. W moim prostym pokoju nie było nic poza łóżkiem i krzesłem. Moja praca polegała na byciu z tymi bezdomnymi mężczyznami, na prowadzeniu dla nich wieczornych modlitw, na pomocy w prowadzeniu skromnego, osiedlowego ciucholandu, który był raczej mizernym źródłem utrzymania... Ci ludzie żyli głównie z tego, co dostali. Tam nauczyłem się nie przywiązywać wagi do jedzenia - wszystko, co jedliśmy było przeterminowane:), a posiłki były do syta, ale szalenie skromne... Tam naprawdę liczył się człowiek i jego dobro... Rodzice, bo tak ich nazywałem (mają syna franciszkanina, a rodzice naszego brata są naszymi rodzicami) oddali wszystko na służbę drugiemu człowiekowi... Pamiętam taką scenę - wybraliśmy się kiedyś z tatą do sklepiku przy kurii diecezjalnej. Tam zachwyciła mnie pewna ikona. Nie była droga, bo była bardzo prościutka, ale wpatrywałem się w nią długo. Tata zapytał, czy chciałbym ją mieć. Odpowiedziałem nieopatrznie, że tak. Wysupłał jakieś pieniądze z kieszeni i kupił ją dla mnie. Stwierdził, że ojciec musi poczuć także finansowo, że ma syna:) Do dziś ta ikona wisi na mojej ścianie. To byli święci ludzie. Zanim ich spotkałem, nie bardzo wierzyłem, że można tak żyć... Oni udowodnili, że tak... Dla mnie to są ludzie sukcesu - spełnieni i szczęsliwi, a przy tym uczynili ten świat choć trochę lepszym i z pewnością niejedno istnienie ludzkie uratowali od śmierci pod mostem w upojeniu alkoholowym... Tam liczył się człowiek... Ten drugi... Ten biedny... Ten słaby... Cieszę się do dziś, że to właśnie Zofia i Lechosław uczyli mnie chrześcijaństwa, franciszkanizmu, człowieczeństwa... Nie tylko przez miesiąc, który z nimi spędziłem, ale ta lekcja trwa do dziś...