Rozważania ojca Michała Nowaka


Rozważania ojca Michała Nowaka OFM Conv
Listopad 2017
1 2 3 4 5
6 7 8 9 10 11 12
13 14 15 16 17 18 19
20 21 22 23 24 25 26
27 28 29 30
 
Grudzień 2017
1 2 3
4 5 6 7 8 9 10
11 12 13 14 15 16 17
18 19 20 21 22 23 24
25 26 27 28 29 30 31
 
Styczeń 2018
1 2 3 4 5 6 7
8 9 10 11 12 13 14
15 16 17 18 19 20 21
22 23 24 25 26 27 28
29 30 31
 
Luty 2018
1 2 3 4
5 6 7 8 9 10 11
12 13 14 15 16 17 18
19 20 21 22 23 24 25
26 27 28

jak kogo własna matka pociesza...

2010-07-05

Mili Moi...

Dziś ostatni pełen dzień rekolekcji w Warszawie. Mówimy o zdradzie Piotra. Ważny to dzień, bo każda z uczestniczek ma zobaczyć swoje zdrady, pobyć z nimi, odczuć ich ból, wejść w niego ponownie, abyśmy mogli je wieczorem powierzyć Jezusowi w modlitwie wstawienniczej i doznać Jego miłosierdzia...

A że jest ono wielkie... cóż, przekonuje się każdego dnia. Dziś ciągle żyję wczorajszym Słowem... Paweł, który mówi o krzyżu uczynionym centrum jego życia. Krzyż, który nie kojarzy się z niczym miłym i rzeczywiście, wyznawanie wiary zawsze jest jakoś związane z trudem i cierpieniem. Kilka dni temu cytowałem tu Drugi List do Koryntian, w którym Paweł dzieli się ogromem cierpienia, którego doznał, także od najbliższych. Chrześcijanin, który nie ma żadnego nieprzyjaciela, musi się zastanowić, czy jego wiara jest widzialna na zewnątrz (bo przecież powinna), czy nie jest elastyczny... Ktoś, kto poważnie traktuje Pana Boga, prędzej, czy później, natknie się na mniejsze lub większe trudności, niezrozumienie, cierpienia, może nawet prześladowania... Jeśli nie ma tego w naszym życiu, to samo w sobie jest to zastanawiające...

Ale czy wobec tego Apostołowie, którzy w większości oddali życie za Jezusa i prawdę, którą głosili, byli masochistami, czy ekscytowało ich cierpienie, czy sprawiały im przyjemnośc kłopoty, w które wpędzała ich posługa przez nich podejmowana? Nic bardziej błędnego. Gdyby tylko cierpienia były związane z posługą w imię Jezusa, to z pewnością niewielu psychicznie zaburzonych zdecydowałoby się na jej podjęcie. Przede wszystkim warto zobaczyć radość uczniów, którzy wracają z misji i cieszą się, bo nawet złe duchy im się podddają. Czy trudno zrozumieć człowieka, który nagle doświadcza w sobie mocy uzdrawiana czy wypędzania demona? Czy trudno pojąć jaka radość i szczęście go rozpiera? Sądzę, że w miarę łatwo sobie to wyobrazić, wyobrazić sobie doświadczenie nadludzkiej, boskiej siły, która staje się ich udziałem. I to jest chrześcijańskie doświadczenie, także współczesne. I można sceptycznie zadawać pytanie, dlaczego nie wszyscy tego doświadczają, a można zacząć żyć duchem Jezusa już dziś i doznać tej radości od razu. Nie umiem wytłumaczyć dlaczego w ruchu Odnowy dzieją się widzialne znaki, czy cuda, a w innych ich nie widać (co nie znaczy, że się nie dokonują!!!). I nie zamierzam tracić czasu na szukanie przyczyn, bo mam go na ziemi dość mało i chcę wykorzystać każdą minutę na uczestniczenie w tej łasce, którą mi Jezus ofiarowuje, a Kościół w swoim rozeznaniu mówi mi, że nie błądzę, ale idę zgodnie z duchem Ewangelii. Wiele rozważań i dylematów, które słyszę z różnych stron, każdego dnia, jest dla mnie jałowych i próżnych. Nie znaczy to, że eliminuję dyskusję i nie chcę odpowiadać na pytania, czy lekceważę rozmówców, nie, piszę o swoim doświadczeniu, DLA MNIE to rozważania jałowe i sam ich nie podejmuje, choć oczywiście nie wszystko rozumiem, ale wiem też że wszystkiego zrozumieć nie muszę. Ufam Jezusowi i Jego Kościołowi. A Pan jest żywy i działa, a przez wiele tych dyskusji, wątpliwości i narzekań Jego działa nie jest słabo doiadczane, bo krępuje Go nasza wolność. I to, co mogłoby stać się źródłem szczęścia dla wielu, staje się przedmiotem dyskusji teologiczno-ambicjonalnych...

Jest jeszcze jedno... Poza sukcesem duszpasterskim, który opisano we wczorajszej Ewangelii jest jeszcze obietnica pokoju i miłości dla Jerozolimy, która stanowi symbol tego, co święte. Tak, jakby Pan chciał powiedzieć - jeśli należysz do mnie, jeśli uczestniczysz w mojej świętości, to nie lękaj się, bo jak kogo własna matka pociesza, tak ja was pocieszać będę... Nie bardzo pamiętam jak to jest, kiedy matka pociesza, bo czas trochę zaciera ten obraz, to już 14 lat jak moja mama nie żyje, ale wydaje mi się, że widzę oczami duszy zwłaszcza chwile, kiedy byłem chory, a ona siedziała przy moim łózku i wiedziałem, że na nią mogę naprawdę liczyć... Tego się nie da z niczym porównać. Jak wielka więc musi być pociecha ze strony Pana, którego miłość można tylko przez blade podobieństwo porównać do miłości macierzyńskiej, Pana, który kocha nas tak, jak nikt inny kochać nie potrafi... Tego właśnie muszą doświadczać ci, którzy idą za Jezusem na przepadłe, którzy stawiają na Niego jako na jedyną kartę, którzy bardzo konsekwentnie dążą do śwętości. Wówczas nawet poorane biczami plecy nie są w stanie oderwać ich od  tej miłości... Ani śmierć, ani życie, ani aniołowie, ani Zwierzchności, ani Władze, ani co wysokie, ani co głebokie, ani żadne inne stworzenie, które jest pod niebem... jak pisze św. Paweł w Liście do Rzymian.

Podziel się: