Rozważania ojca Michała Nowaka


Rozważania ojca Michała Nowaka OFM Conv
Listopad 2017
1 2 3 4 5
6 7 8 9 10 11 12
13 14 15 16 17 18 19
20 21 22 23 24 25 26
27 28 29 30
 
Grudzień 2017
1 2 3
4 5 6 7 8 9 10
11 12 13 14 15 16 17
18 19 20 21 22 23 24
25 26 27 28 29 30 31
 
Styczeń 2018
1 2 3 4 5 6 7
8 9 10 11 12 13 14
15 16 17 18 19 20 21
22 23 24 25 26 27 28
29 30 31
 
Luty 2018
1 2 3 4
5 6 7 8 9 10 11
12 13 14 15 16 17 18
19 20 21 22 23 24 25
26 27 28

małość...

2010-05-27

Mili Moi...

Powyższy obrazek miał tytuł "kaczuszka", ale według mnie to banalne, a obrazek ładny i wiele mówiący... Ja bym go zatytułował "Bartymeusz". Ha, gdzie ja tego Bartymeusza widzę na tym obrazku? Otóż widzę...

Bartmeusz był biedaczkiem. Małym człowiekiem niezdolnym do decydowania o sobie, zależnym od wsparcia i pomocy innych, wymagającym stałej opieki. Dorosły człowiek, który nigdy nie mógł dojrzeć, który ciągle wisiał na innych, którego cielesne kalectwo czyniło niezdolnym do samodzielnego życia... Jak czuje się taki człowiek? Z pewnością mało komfortowo... Jaki ma cel? Przeżyć do jutra, po to, żeby obudzić się znów w ciemności i opierając się na cudzym ramieniu dotrzeć do miejsca przy drodze, w którym żebrze każdego dnia... Może pojawi się jakiś miłosierny człowiek... Uzdrowienie? Nie, nie... Przecież nikt nie mógł mu pomóc... On był nikim - małym, nic nie znaczącym stworzeniem przy drodze, skazanym na wegetację i śmierć w zapomnieniu...

Aż nagle pojawiła się... mucha... Pojawił się cel wraz z nadejściem Jezusa... W ociemniałych oczach Bartymeusza zajaśniało światełko, które rozrosło się do rozmiarów potężnego blasku... Jezus przechodzi... Przecież On już robił takie rzeczy, podobno szanuje biedaków, a może, a może, a mo.. że... mógłbym widzieć...

I mały, biedny, nic nie znaczący Bartymeusz wzniósł się do lotu... Zaczął bić swoimi niewielkimi skrzydłami nieprzychylną mu taflę wody, która wciąz i nieustannie krępowała jego ruchy, dławiła jego marzenia, trzymała go w ciemnym potrzasku... Pojawił się cel, dla którego Bartymeusz wykrzesał z siebie życie... Jeszcze nigdy nie krzyczał tak głośno, jeszcze nigdy jego żebraczy głos nie brzmiał tak zdecydowanie, jeszcze nigdy... I choć sam nie rozumiał dlaczego, ten mały człowieczek nie dawał się uciszyć... I nagle Ten, którego wzywał po imieniu zawołał biedaka... zawołał syna Tymeusza... zawołał prawie obumarłego w swej beznadziei... A Bartymeusz, który dopiero co wykrzesał z siebie odrobinę życia całym sobą wzbija się coraz wyżej i wyżej, zrzuca z siebie płaszcz i zbliżając się do tego przedziwnego źródła światła, ma na ustach tylko jedną, mamrotaną przejętymi wargami prośbę - abym przejrzał, abym przejrzał, abym zobaczył...

I nagle mucha staje się osiągalna, i nagle nie potrzeba już cudzego ramienia, i nagle wszystkie drogi stoją przed nim otworem już nie po to, aby przy nich siedział, ale by nimi podążał... Jego nadzieja zwyciężyła. Jego ledwo tlące się życie zostało ocalone... Jego wiara rozdmuchała tę iskrę, która przywróciła światło jego oczom, zapaliła je od Płomienia...

Mały, biedny Bartymeusz, który jest szczęśliwszy, niż niejeden człek każdego dnia przemierzający główną nawę kościoła, aby przyjąć Jezusa do swoich ust... Syn Tymeusza, który naprawdę uwierzył, że Jego życie może być inne, może się zmienić, jeśli zbliży się do Jezusa... Żebrak, którego dłonie kurczowo zaciśnięte na płaszczu otworzyły się, żeby przyjąć dar... Ślepiec, którego oczy otworzyły się na to, co naprawdę ważne...

I pomyśleć, że na tym zdjęciu jest tylko mała, żółta kaczuszka...

Kiedy będziecie dziś zamykać oczy, pomyślcie o Tym, który wam je znów o poranku otworzy...

Podziel się: