Rozważania ojca Michała Nowaka


Rozważania ojca Michała Nowaka OFM Conv
Czerwiec 2018
1 2 3
4 5 6 7 8 9 10
11 12 13 14 15 16 17
18 19 20 21 22 23 24
25 26 27 28 29 30
 
Lipiec 2018
1 2 3 4 5 6 7
8 9 10 11 12 13 14
15 16 17 18 19 20 21
22 23 24 25 26 27 28
29 30 31
 
Sierpień 2018
1 2 3 4 5
6 7 8 9 10 11 12
13 14 15 16 17 18 19
20 21 22 23 24 25 26
27 28 29 30 31
 
Wrzesień 2018
1 2
3 4 5 6 7 8 9
10 11 12 13 14 15 16
17 18 19 20 21 22 23
24 25 26 27 28 29 30

Życie objawiło się... myśmy je widzieli...

2010-04-16

Mili Moi...

Witam po długim milczeniu... Spieszę z wyjaśnieniami... Otóż w minionym tygodniu przeżywaliśmy nasz doroczny, franciszkański kurs formacyjny w naszym seminarium w Łodzi Łagiewnikach. Jest ono ukryte tak głeboko w lesie, że nie ma najmniejszych szans na jakiekolwiek łączenie się z internetem. Dlatego też nie mogłem zamieścić tu żadnego wpisu. Przy tej okazji chcę podziękować za życzliwą troskę. Nadeszło kilka smsów, w których padały pytania czy u mnie wszystko w porządku, bo na blogu nic się nie ukazuje... Nie ukrywam, że to szalenie miłe znaki waszej obecności w moim życiu... Jestem za nią bardzo wdzięczny...

To kilkudniowe milczenie sprawiło, że nie uczestniczyłem aktywnie w tworzeniu coraz to nowych komentarzy i opinii na temat tego, co stało się w minioną sobotę. Może to i dobrze, bo powiedziano już tak wiele, że moje słowa z pewnością nie wniosą niczego nowego. O tragedii dowiedziałem się rozpoczynając dzień skupieni dla dziewcząt u sióstr franciszkanek w Gdańsku. Oczywiście wstrząsnęło mną to tak samo jak całym narodem, a zatem w ciągu całego dnia raczej ciągnęło mnie do telewizora, niż do zaplanowanych zajęć... Wchłonąłem wszystko, co zdążyłem na ten temat wchłonąć i tak właściwie jest do dziś, bo nie sposób usłyszeć w mediach innych informacji. To zrozumiałe. Ale dziś jestem już potwornie zmęczony tym natłokiem informacji, i choć wiem, że nie da się tego zmienić, to poza jazdą samochodem, staram się nie korzystać z żadnych mediów...

Dwie myśli towarzyszą mi w związku z tym wydarzeniem. Pierwsza z nich, właściwie obecna od samego początku - co Pan Bóg chce do nas przez to wydarzenie powiedzieć. Mam absolutną pewność, że chce coś powiedzieć, ale cały czas rozmyślam nad tym co... Nie ma natomiast we mnie pytania "dlaczego"? To pytanie straciło na znaczeniu i ja właściwie bardzo, bardzo rzadko je stawiam, a w takich lub podobnych sytuacjach właściwie nigdy... Może wynika to z faktu, że pożegnałem już na tej ziemi najbliższych mi ludzi, a może po prostu jest moim sposobem zaufania Panu Bogu... Po prostu odpowiedź na pytanie dlaczego w ogóle mnie nie interesuje. A jest to pytanie, które nader często występuje w komentarzach do tej sprawy i to mnie też męczy... Choć poniekąd rozumiem, że ono jest wyrazem swoistej bezsilności wobec zaistniałej sytuacji...

Drugą kwestią, nad którą pochylam się z wielkim szacunkiem, to reakcja Narodu. Zastanawaim się od wielu dni, czy gdzieś poza Polską ktoś stałby 15 godzin, żeby pochylić głowę przed trumną prezydenta... Zastanawiam się czy wynika to z nadzwyczajności chwili, czy jest tak głęboko zakorzenione w naszej świadomości narodowej, kulturze, mentalności... Podziwiam i szepczę sobie cicho wiele razy w ciągu dnia... - jeszcze Polska nie zginęła...

Na bardzo ciekawą rzecz zwrócił moją uwagę proboszcz naszej gdyńskiej prafii i to też za mną chodzi... Otóż to już drugie Święto Miłosierdzia, które zdecydowanie więcej ludzi, niż zwykle spędziło w kościele... Wielu grzeszników pojednało się z Bogiem. Jaka to niezwykła szansa, którą z tej tragedii wyprowadza Pan Bóg... Dowodzi to, że ze zła potrafi On wyprowadzić dobro... Powstaje jednak od razu pytanie - jak wiele jeszcze takich szans potrzeba, żeby nas nawrócić, żeby zwrócić nasz wzrok we właściwym kierunku...

Wczoraj zaś prowincjał warszawski podkreślił naszą rolę, jako kapłanów, wartość naszej posługi. Wielu ludzi nie mając dokąd pójść ze swoim bólem, poszło do kościoła... I my jako pasterze kościoła mamy w tych dnaich niezwykłe zadanie - przypominać o potędze Życia ukrytego w Żyjącym...

Sporo myśli w tych dniach, ale też raczej inne, niż powszechne, podejście do żałoby. Nigdy dotąd nie przeżywałem żałoby w ten najbardziej znany sposób, nie manifestowałem jej na zewnątrz. Żałoba według mnie jest rzeczywistością wewnętrzną i tak zwykłem ją przeżywać... I żeby było jasne - nie krytykuję odmiennego pojmowania tego tematu, bynajmniej... Rozumiem i akceptuję... Nie uczestniczę jednak i nie podejmuję jej zewnętrznych przejawów...

No i to, co mnie najbardziej zasmuciło w te dni, to fakt protestów wobec planów pochówku Pary Prezydenckiej na Wawelu... Nie mam nawet siły nad tym biadać... Wstyd mi za tych moich współobywateli...

Tyle moich refleksji... Bardzo krótko, niemal w punktach i choć pewnie będzie trudno uniknąć tego tematu jeszcze przez wiele dni, to jeszcze raz twierdzę, że nadprodukcja słów wobec tych wydarzeń jest po pierwsze męcząca, a po drugie niekonieczna...

Co do spotkania w Łodzi, to było ono poświęcone kapłaństwu, które przeżywamy w gronie młodych współbraci (do 5 lat po święceniach). Możecie więc sobie wyobrazić ten gwar i radość ze spotkania z wieloma braćmi, z którymi dane nam było spędzić kilka lat w seminarium. Było nas obecnych niemal 50. Wykłady - zagrożenia duchowe, tematy bioetyczne, kryzys, kierownictwo duchowe. Wszystko bardzo cenne. Wspólna modlitwa i sprawowanie Eucharystii - niezwykłe... Ale radość z bycia razem - nieoceniona... A wokół budzące się życie w łagiewnickim lesie, tryskająca zieleń w seminaryjnym ogrodzie, a zatem jak najlepsze warunki do odrobiny odpoczynku. I rzeczywiście udało mi się odrobinę odpocząć (z naciskiem na odrobinę:). A już dziś w Gdyni rozpoczynamy weekend powołaniowy i to właśnie stąd, z nadmorskiej krainy przesyłam wszystkim wam serdeczne pozdrowienie +++