Rozważania ojca Michała Nowaka


Rozważania ojca Michała Nowaka OFM Conv
Listopad 2017
1 2 3 4 5
6 7 8 9 10 11 12
13 14 15 16 17 18 19
20 21 22 23 24 25 26
27 28 29 30
 
Grudzień 2017
1 2 3
4 5 6 7 8 9 10
11 12 13 14 15 16 17
18 19 20 21 22 23 24
25 26 27 28 29 30 31
 
Styczeń 2018
1 2 3 4 5 6 7
8 9 10 11 12 13 14
15 16 17 18 19 20 21
22 23 24 25 26 27 28
29 30 31
 
Luty 2018
1 2 3 4
5 6 7 8 9 10 11
12 13 14 15 16 17 18
19 20 21 22 23 24 25
26 27 28

i minął rok...

2010-02-08

Mili Moi...

No i minął rok odkąd istnieje ta skromna książka... Nigdy dotąd żadnego dzienniko-pamiętnika nie prowadziłem tak długo... Owszem, zapisywałem wydarzenia czas jakiś, ale zwykle traciłem zapał po kilku miesiącach... Niektóre z tych zapisów były tak prawdziwe, że aż sam się trwożyłem... Czy to naprawdę ja? Pamiętam, że na nowicjacie wysłałem taki szereg zapisków Panu Bogu "pocztą ogniową" korzystając ze skrzynki "piecopodobnej". Nie ukrywam, że ten blog też mnie czasem wiele kosztuje, bo nie zawsze mam ochotę zasiąść do niego i pisać, ale zdaję sobe sprawę, że prowadzenie bloga ma sens tylko wówczas, jeśli wpisy są regularne. Co więcej, licznik odwiedzin, który wskazuje, że są tacy, którzy tu zaglądają, mobilizuje mnie do wysiłku... W tym miejscu chyba czas na podziękowania wszystkim, którzy tu zaglądają, czytają, a nade wszystko tym, którzy zostawiają po sobie ślad... Ciesze się wami i nazywam czasem we własnej głowie "moją małą parafią". To, co robię, robię przede wszystkim z wewnętrznego pragnienia głoszenia Słowa, a że nie mogę dotrzeć do wszystkich, to, tak jak św. Franciszek, decyduję się na pisanie listów... Jeśli komukolwiek to daje jakąś duchową korzyść, to błogosławię nszego Pana i stwierdzam z całym przekonaniem, że warto...

Kiedy zaczynałem, nie robiłem żadnych planów co do czasu istnienia tego bloga. Dziś też ich nie robię... Rok minął, mnie się nie znudziło, czytelnikom się nie znudziło (choć chęć do dialogu na tych łamach jakoś w narodzie osłabła:), więc ufam, że Pan doda sił i pójdziemy razem w kolejny rok odkrywania Bożej miłości... Bardzo chciałbym tylko ją głosić i tylko o niej opowiadać... Jeśli czasem za bardzo koncentruję się na sobie, to wybaczcie - ludzka słabość i nieporadność...

No i kilka informacji zebranych...

Licznik odwiedzin 27775

Liczba wpisów 192

Liczba komentarzy do wpisów 266

Liczba zdjęć w galeriach 233

Liczba komentarzy do zdjęć 21

Liczba wpisów w księdze gości 46

Punkty zdobyte w konkursach 800

Czas istnienia blooga w dniach 365

Dziś to, co zdumiewa mnie w Słowie, to fakt, że Jezus natychmiast zostaje rozpoznany i natychmiast wszyscy biegną po swoich chorych i wraz z nimi udają się w miejsca, gdzie On może akurat przebywać... Wyobrażacie sobie tę pielgrzymkę z ludźmi na noszach, idących o kulach, niewidomych, epileptyków...? Powstają szpitale polowe, na wielkich, pustych przestrzeniach... Idą i szukają. Pewnie nie zawsze znajdują Go tam, gdzie mówiono, że jest - spóźniliście się, już odszedł... I idą dalej... Do skutku... Łatwo to skwitować stwierdzeniem, że szukają zdrowia, nie Jezusa. Mam też taką myśl... Ale jak wielkie muszą w Nim pokładać zaufanie, skoro to zdrowie WSZYSCY odzyskują, wszyscy, którzy się Go dotknęli... a właściwie nawet fredzli Jego szaty...

I mam tu do siebie spory żal... Bo przecież ja Go codziennie rozpoznaję, mało tego, codziennie Go dotykam, biorę w dłonie, karmię się Nim, składam pocałunek na ołtarzu, który Go symbolizuje... A choroba grzechu mnie nie opuszcza, coś, co mnie zabija, nadal jest dla mnie bardziej atrakcyjne, niż ON... Przedziwna jest ta wewnętrzna konstrukcja człowieka... Nie dość, że sam do Niego przychodzę, to jeszcze inni przecież mnie do Niego niosą - jest cały szereg ludzi, którzy się za mnie modlą... I wciąż z Niego rezygnuję dla kilku świecidełek demona... Nic, tylko lać i patrzeć czy równo puchnie... Czego brakuje? To jest wielka tajemnica dla mnie na dzień dzisiejszy... Jedno jest pewne, nieustanne nawracanie nie jest sloganem, ono się musi dokonywać. Ja jestem o tym absolutnie przekonany odnośnie mojego życia... Bez tej korekty kursu nie dopłynie się do bezpiecznego portu zbawienia, a wystarczy z niego zboczyć tylko kilka stopni... I nic tu nie pomoże bycie księdzem, zakonnikiem czy nawet biskupem. Nic nie dadzą naukowe tytuły, czy mądre książki, które się napisało... Życie jest gdzieś obok i trzeba włożyć wiele wysiłku, żeby je znaleźć... Moim skromnym zdaniem, naprawdę warto... Idę zatem szukać i rozpoznawać ŻYCIE w mojej prostej codzienności, bo ONO tam na mnie czeka... Jezus drogą, prawdą i ŻYCIEM...

No i jeszcze postanowiłem wrócić do pierwszego wpisu... a nawet go przypomnieć:)

Ano już dawno myślałem, żeby zacząć, ale nie mogłem się zdecydować... Nie mam chyba bardzo wiele czasu na pisanie, ale kiedyś mi niektórzy mówili, że może warto... No może rzeczywiście warto... Pozwolić wejśc w swój świat zupełnie obcym ludziom, pozwolić komentować to, co się napisało ludziom serdecznym, ale także głupcom i złośliwcom... Trzeba trochę odwagi... Kim jestem? Zakonnikiem, kapłanem, chrześcijaninem... Na co dzień mieszkam w Elblągu i zajmuję się promocją powołań zakonnych do naszej zakonnej prowincji św. Maksymiliana... Kocham to, co robię i zajmuje mi to bardzo wiele czasu, absorbując mnie chyba bez reszty.... Mam na imię Michał i to mnie wyróżnia z tłumu... Poza tym jeszcze czarny habit, symbol oddania się Bogu i ubogiego życia...

Po co mi blog? Czasem jest trochę myśli, któymi chciałbym się podzielić. Nie to, że nie mam z kim, ale... może warto je powierzyć większej liczbie osób... W każdym razie postaram się tu zaglądać często i coś notować... A czy będzie komu to czytać... zobaczymy...

Zaczynam więc

Dziś stanął mi przed oczami obraz nadziei... Kiedy w prefacji mszalnej zaśpiewałem, że całą nadzieję pokładamy w łasce niebieskiej, zacząłem się zastanawiać, czy rzeczywiście tak jest. Bo gdyby tak było, to z pewnością mniej mówiłoby się o depresji, desperacji, smutku i przygnębieniu... A takie rzeczywistości pojawiają się w stanie beznadziei. Gdzie zatem, w czym, w kim kotwicę nadziei zarzucić... Rzeczy przemijają, ludzie zawodzą - zdradzają, umierają... A niezawodny i wieczny jest tylko ON... Jeśli nadzieja w Nim, to i siła do pokonywania życiowych trudności... Gdzie więc twoja nadzieja... Ja nad swoją muszę wciąż pracować, żeby ją właściwie inwestować i nie doświadczać zawodu... Odnawiać się w swoim myśleniu i postępowaniu, nieustannie biorąc kurs na NIEGO, zawsze od nowa, nie rezygnując...

 A po wczorajszym powrocie z rekolekcji powołaniowych w Gnieźnie dopadło mnie choróbsko... Dziś Ola zapisała mi antybiotyki... wierzę więc, że będzie lepiej... No i trwa wizytacja generalska, któą przeprowadza w naszej parafii o. Jacek - mój niegdysiejszy rektor i promotor mojej pracy magisterskiej... Co to takiego wizytacja... napszę w następnym odcinku:)

 No i jeszcze może dlaczego taki szablon blogowy.... są mądre i mniej mądre książki... chciałbym kiedyś napisać jakąś należącą do tej pierwszej kategorii... Oby to był dobry początek...