Rozważania ojca Michała Nowaka


Rozważania ojca Michała Nowaka OFM Conv
Listopad 2017
1 2 3 4 5
6 7 8 9 10 11 12
13 14 15 16 17 18 19
20 21 22 23 24 25 26
27 28 29 30
 
Grudzień 2017
1 2 3
4 5 6 7 8 9 10
11 12 13 14 15 16 17
18 19 20 21 22 23 24
25 26 27 28 29 30 31
 
Styczeń 2018
1 2 3 4 5 6 7
8 9 10 11 12 13 14
15 16 17 18 19 20 21
22 23 24 25 26 27 28
29 30 31
 
Luty 2018
1 2 3 4
5 6 7 8 9 10 11
12 13 14 15 16 17 18
19 20 21 22 23 24 25
26 27 28

radość wróbli na dachu...

2010-02-04

Mili Moi...

Trwam właśnie w przygotowaniach do rekolekcji powołaniowych dla sióstr i rekolekcji wielkopostnych... Plany na ten rok są dość ambitne... Mam głosić Słowo w Kołobrzegu, Bolszewie, Mikoszewie, Jantarze i Raczynie... Pięć tygodni właściwie poza domem. Dorośli, młodzież, dzieci... No jest nad czym myśleć. Ale głoszenie Słowa jest dla mnie działaniem priorytetowym. Wiara rodzi się ze słuchania i ja w to naprawdę wierzę... Codzienność potwierdza mi tę wiarę... Wczoraj kilka kolejnych godzin spędziłem z moimi przyjaciółmi, Anią i Arturem, którzy doświadczają głodu Słowa. Podobnie jak ja szukają Boga w Jego Słowie i mamy sobie zawsze wiele do powiedzenia... Dziś mnie to nieco rozbawiło, bo o 6 rano pozdrowiliśmy się na GG, życząc sobie nawzajem dobrej medytacji. Głód, który skłania do tego, żeby go zaspokajać... Kilka godzin wczoraj o Jezusie... Nie wiem czy jest wam dane doświadczać takich chwil, w których On dominuje, w których inne tematy nie cieszą, nie są zajmujące, nie są ważne... Ważny jest On i to, co mówi  to jak kocha... Ja takich chwil doświadczam ostatnio coraz częściej... Rodzą one we mnie wielkie pragnienia, aby zanurzyć się w Nim, aby zniknąć, aby to Jego Słowo stawało się moim życiem... Czasem ono wydaje mi się wręcz namacalne... Nie potrafię tego oddać słowami, ale pozwala mi Pan doświadczać przemiany. A ta tęsknota jest taka silna, że czuję ją niemal każdym nerwem mojego ciała...

Zawsze na początku medytacji wchodzę w modlitwę pragnień. Uświadamiam sobie jakie pragnienia rodzi we mnie to Słowo i modlę się nimi, modlę się o ich zaspokojenie... Kiedy dziś medytowałem Słowo o rozesłaniu Apostołów, właściwie tylko jedno pragnienie kołatało mi się w sercu... Żyć tak jak oni... Ja też tak chcę... Iść bez chleba, torby pieniędzy... Iść w pełnej zależności od Jezusa... Nie mieć nic, za co mógłby chwycić demon... Bez chleba sytości, bez torby, w którą mógłbym chować nagrody, bez pieniędzy dających poczucie bezpieczeństwa... Kiedy słyszę o franciszkanach reformy z Brooklynu (spotkałem ich zresztą w Irlandii), kiedy słyszę o nowych formach życia braci kapucynów, którzy usiłują wrócić do pierwotnej inspiracji franciszkańskiej i żyć w Opatrzności Bożej, nie posiadając dochodów, samochodów, telefonów, komputerów, telewizorów... Kiedy o tym wszystkim słyszę, drży moje serce... Znam siebie i wiem, że słaby jestem, że nie dam rady tak żyć samemu... I to nie chodzi nawet o przeciwności wokół, ale o braci, którzy żyjąc podobnie umacniają w wyborze, utwierdzają w tym dążeniu, pokrzepiają omdlałe siły... Potrzebowałbym wspólnoty w taki sposób żyjącej, żebym i ja mógł tak żyć... Zresztą nie bez powodu Jezus posyła po dwóch, czyli w najmniejszej wspólnocie...

Moje dzisiejsze życie jest tylko namiastką tej Ewangelii. Owszem, idę i głoszę, ale w portfelu mam kartę płatniczą, która pozwala mi zatankować samochód, zadbać o nocleg, najeść się do syta... Wielki plecak jest pełen pochwał i ludzkiej wdzięczności, którą nie zawsze na czas jestem skłonny oddawać Jezusowi... Czasem myślę, że moje życie raczej przypomina bezpieczne życie faryzeusza, czy uczonego w Piśmie... Przychodza do nich uczniowie, są otaczani szacunkiem, niczego im nie brakuje, już tu odbierają swoją nagrodę... Nieczęsto doświadczam radości wróbli na dachu, lilii na polu... Ta ewangeliczna wolność nie rozrywa mojego serca... Ono jest pochłonięte rachunkami, planami działania, spotkaniami... Dobrze, że jest Słowo, które nie pozwala przestać tęsknić... Może kiedyś pojawi się możliwość, odwaga, moc, do rozpoczęcia życia w pełni ewangelicznego... Wiem, że to jest proces, że tego trzeba się uczyć, a nade wszystko o to musze się modlić, bo o własnych siłach nie mam szans...

Nazwa naszego zakonu to bracia mniejsi... Ale postawiłem sobie dziś pytanie od kogo ja jestem mniejszy (i bynajmniej nie chodzi tu o wzrost i wagę:) Moja natura broni się przed byciem mniejszym, a to przecież szalenie istotny składnik mojego powołania... Można iść w ideologię, wytłumaczyć sobie wszystko, zrzucić odpowiedzialność na struktury, na czasy, na konieczność... Można, ale zawsze u końca stoi Chrystus, który mówi idźcie i nie zabierajcie niczego, ani chleba, ani torby, ani pieniędzy... idźcie obuci w sandały i nie wdziewajcie dwóch sukien... Doświadczcie waszej biedy, bo tylko wtedy zrozumiecie świat, tylko wtedy pojmiecie jego głód, głód, który wcalenie dotyczy fizyczności, ale głód zbawienia, uwolnienia, świętości... Głód, którego świat niejednokrotnie nie jest w stanie nazwać, nie umie zinterpretować i nie wie, gdzie go zaspokoić... Wy dajcie im jeść, wy ich nasyćcie... Ale żeby was słuchali musicie być mniejsi, musicie zająć pozycję poniżej... To jest naśladowanie Chrystusa, który staje POD sykomorą i mówi do Zacheusza - zejdź prędko, bo muszę dziś z tobą spożyć posiłek, zatrzymać się w twoim domu, pobyć z tobą... Bóg, który staje poniżej człowieka, a ja??? Tęsknię...