Rozważania ojca Michała Nowaka


Rozważania ojca Michała Nowaka OFM Conv
Listopad 2017
1 2 3 4 5
6 7 8 9 10 11 12
13 14 15 16 17 18 19
20 21 22 23 24 25 26
27 28 29 30
 
Grudzień 2017
1 2 3
4 5 6 7 8 9 10
11 12 13 14 15 16 17
18 19 20 21 22 23 24
25 26 27 28 29 30 31
 
Styczeń 2018
1 2 3 4 5 6 7
8 9 10 11 12 13 14
15 16 17 18 19 20 21
22 23 24 25 26 27 28
29 30 31
 
Luty 2018
1 2 3 4
5 6 7 8 9 10 11
12 13 14 15 16 17 18
19 20 21 22 23 24 25
26 27 28

pokory, pokory, pokory...

2010-01-14

Mili Moi...

Trwam nadal w rekolekcyjnym skupieniu... Już piąty dzień milczenia... sam w to nie mogę uwierzyć... nie licząc oczywiście tych wpisów i lakonicznych smsowych odpowiedzi, że nie odbieram telefonu do niedzieli... Ale ufam, że Pan mi to przebaczy. Tak czy owak, jest to dla mnie zupełnie nowa sytuacja... Jeszcze chyba nigdy tak długo nie wytrzymałem z zamkniętymi ustami:) Ale jak w każdej nowej sytuacji i w tej również, potrzeba było czasu, żeby się odnaleźć... A łatwe to nie jest, wierzcie mi... Zresztą padły tu słowa na początku - kto na co dzień jedzie 130 km na godzinę, ten ma dużo dłuższą drogę hamowania... I widzę to po sobie... Smakować ten czas pewnie zacząłbym dopiero w przyszłym tygodniu, tymczasem się z nim zmagam... Ale dość skutecznie, choć oczywiście kosztem wielkiego zmęczenia... To podobno dobry objaw. Jeśli człowiek jest zmęczony na rekolekcjach, to znak, że prawdopodobnie dobrze je odprawia... Dziś nawet usłyszałem od kierownika duchowego, żebym nieco odpoczął, może zamiast na wspólną modlitwę, wybrał się na spacer, albo dobrze się wyspał, żebym nie próbował grać duchowego terminatora...

Faktem jest, że Słowo bardzo dobitnie działa we mnie, co napełnia mnie ochotą do jeszcze głębszych przemyśleń, ale i owocuje zmęczeniem... Mój kierownik więc mnie nieco wyhamował...:) Przypomniały mi się zaraz lata dziecięce,w których księża czasem hamowali moją ministrancką gorliwość... Ona dziś samego mnie zadziwia i nie bardzo mogę w to uwierzyć, ale bywały miesiące, że przychodziłem pod kościół o 6 rano i modliłem się na różańcu, potem budziłem organistę, otwierałem kościół, przygotowywałem msze i służyłem na niej, a potem jak skowronek pędziłem do szkoły... Uwierzycie? Mnie samemu jest trudno dać wiarę... Ale tak było... Zresztą przypomniałem sobie o tym podczas jednej z medytacji...

Dwa pierwsze dni rekolekcji były czasem słodyczy... Pan poprzez pocieszenie duchowe nasycł mnie swoją miłością... Pokazał mi sensowność mojego istnienia, plan, jaki wobec mnie ma i jego skuteczną realizację, Jego wybór wobec mnie, którego dokonał już przed założeniem świata... Ale kierował do mnie również ciche zaproszenie - słuchajcie, nawracajcie się, wierzcie w Ewangelię... Wiedziałem, że to zwiastuje silnego łupnia i nie pomyliłem się... Pedagogia Boże jest niezwykła... Dzięki tym cudownym treściom pierwszych dni, mogłem łatwiej (choć wcale nie łatwo) przyjąć treści dnia wczoraszego i dzisiejszego... Dobre rekolekcje dotykają życia... Pan również mojego dotknął... Ukazał mi wczoraj problem mojego posłuszeństwa, a dziś mojej relacji z Nim, mojej modlitwy... Słowo po prostu mnie zmiażdżyło... Jeśli wyobrażam sobie sanie młockarskie, o których czasem mówią prorocy, to właśnie tak je widzę... Nie ma we mnie miejsca, które by nie bolało... Ale w tym bólu kryje się życie... Nie będę pisał więcej, bo rrzecz dotyczy najintymniejszych tajników mojego serca... Powiem tylko jedno... Moja natura się wzdryga przed dalszym wchodzeniem w głąb, ale moja dusza jest spragniona życia... A Jezus nawet mówiąc o trudnych i bolesnych kwestiach, zawsze pozostawia ostatecznie w sercu nadzieję... Nie pamiętam rekolekcji, na których Pan działałby we mnie z taką mocą i tak wyraźnie ukazywał mi moje wnętrze, jak tu.... a przecież już niejedne rekolekcje odprawiłem...

Dziś rozważaliśmy mój ulubiony fragment Ewangelii - Jezusa w Ogrodzie Oliwnym... Kiedy zobaczyłem jak wiele energii uczniowie, z Piotrem na czele, wkładają w przekonywanie Jezusa, że oni nigdy nie zwątpią... a po chwili wszyscy uciekają... zobaczyłem jak bardzo to Słowo jest o mnie... Kiedy ujrzałem uczniów, którzy nie są w stanie współodczuwać ze swoim Mistrzem i śpią, podczas gdy On upada i modli się, drży i odczuwa trwogę, kiedy zobaczyłem, że nie ma siły, żeby ich dobudzić.... sam stanąłem jak oni przed Nim i jak oni... nie wiedziałem co Mu odpowiedzieć... Kiedy ujrzałem ucznia, który w nagości ucieka (według opisu Markowego z 14 rozdziału) objawiając prawdę o swojej kondycji, o swojej małości... siebie ujrzałem w tym obrazie... Moja małość i naiwność uderzyły dziś we mnie bardzo... Moje wyobrażenia o sobie jako o kimś zjednoczonym z Jezusem runęły dziś jak domki z kart... Słowa, słowa, słowa... a życie płynie obok... życie prawdziwe, w którym nie ma mnie przy Jezusie w Getsemani... Dlaczego? Bo zatrzymałem się przy Jezusie cudotwórcy, w czasie Jego rosnącej popularności, w chwili euforycznego falowania tłumu.... Bo Jego popularność, to moja popularność, bo Jego sława, to moja sława... bo Jego śmierć, to moja śmierć... a ja nie chcę umierać... Dlatego tak trudno zgodzić mi się na Mesjasza cierpiącego.... bo musiałbym stracić... a nie lubię tracić... Ale bez tej straty, życie nie objawi się we mnie, bez tej prawdziwej relacji z prawdziwym Jezusem, z Jezusem odrzuconym, z Jezusem wzgardzonym... pozostaje los Judasza... Judasza, dla którego Jezus nigdy nie stał się Panem... Zawsze był Nauczycielem, Rabbim, kimś wyjątkowym, ale nie jego Drogą, Prawdą i Życiem... Judasz nie miał do czego się nawracać, w odróżnieniu od Piotra, dla którego Jezus był rzeczywiście sensem, i do którego po upadku skruszony wrócił... Przyjąć prawdę o mojej słabości, małości, naiwności.... Pokornie ją przyjąć... O to się dziś cały dzień modlę...