Rozważania ojca Michała Nowaka


Rozważania ojca Michała Nowaka OFM Conv
Wrzesień 2018
1 2
3 4 5 6 7 8 9
10 11 12 13 14 15 16
17 18 19 20 21 22 23
24 25 26 27 28 29 30
 
Październik 2018
1 2 3 4 5 6 7
8 9 10 11 12 13 14
15 16 17 18 19 20 21
22 23 24 25 26 27 28
29 30 31
 
Listopad 2018
1 2 3 4
5 6 7 8 9 10 11
12 13 14 15 16 17 18
19 20 21 22 23 24 25
26 27 28 29 30
 
Grudzień 2018
1 2
3 4 5 6 7 8 9
10 11 12 13 14 15 16
17 18 19 20 21 22 23
24 25 26 27 28 29 30
31

na cześć i chwałę Najświętszej Trójcy...

2009-12-04

 

Mili Moi...

1281 dzień mojego kapłaństwa, ale.... również dziś przypada piąta rocznica moich ślubów wieczystych... To już pięć lat próbuję uczyć się życia w czystości, ubóstwie i posłuszeństwie... Z punktu widzenia życia zakonnego, profesja wieczysta jest najważniejszym momentem... Pamiętam wyraźnie ten dzień... Była już głęboka zima, a nas dziesięciu... Siedzieliśmy w kościele po pięciu, naprzeciwko siebie... Ewangelia o dziesięciu pannach... pięć roztropnych, a pięć nierozsądnych... I coś chyba z tą roztropnością jest na rzeczy, bo dziś panien jest już dziewięć... I to bardzo smutny element tej rocznicy... Dzisiejszy pierwszy piątek miesiąca był doskonałą okazją do zadośćczynienia za naszego współbrata ślubującego wraz ze mną tego dnia... a dziś będącego daleko... Śluby składaliśmy na ręce wikariusza prowincji, o. Mariusza, któy był wcześniej naszym wychowawcą na nowicjacie... Piękny dzień... I naprawdę ręka nie zadrżała mi nawet przez moment, kiedy podpisywałem własnoręcznie akt złożonej profesji. Pan Bóg bierze poważnie nasze słowa, choć my sami jesteśmy bardzo niedoskonali... Nie ślubujemy tego, że już doskonale zachowujemy czystość, ubóstwo i posłuszeństwo, ale że zrobimy wszystko, co w naszej mocy, aby do tej doskonałości dążyć... Śluby to nie czarodziejska różdżka... a w dzień po ich złożeniu obudziłem się tym samym bratem Michałem, choć już nie takim samym... bo w moim duchowym dowodzie osobistym w rubryce stan cywilny, zamiast kawaler pojawiło się słowo - zaślubiony... Mam pełną świadomość tego, że nieustannie trzeba wracać do tego momentu konsekracji i z niego czerpać siły, i przypominać sobie tę fascynację i żarliwość z jaką wypowiadaliśmy słowa - na cześć i chwałę Najśiętszej Trójcy... ja brat Michał Nowak... ślubuję Bogu Wszechmogącemu... zachowywać Regułę i sposób życia Braci Mniejszych... żyjąc w posłuszeństwie, bez własności i w czystości... W odpowiedzi usłyszeliśmy - jeśli je zachowasz, obiecuję ci życie wieczne... Wierzę tej obietnicy i ona mnie motywuje do walki o zachowanie ślubów, co łatwe nie jest (ale tego akurat nikt nie obiecywał)... Błogosławię Boga, że zechciał mnie wybrać i przeznaczyć tylko dla siebie... Pozwolił mi pokochać się całym sercem... Bardzo, bardzo często modlę się - Panie, nie pozwól mi nigdy pokochać nikogo taką miłością, jaką kocham Ciebie, nie pozwól mi nikogo kochać tak bardzo... Ten sposób kochania jest zarezerwowany tylko dla Niego i nikt nie ma takiego prawa do mojego serca, jakie ma ON... Czy śluby są ciężarem? Nie, z pewnością nie dla kogoś, kto kocha i z miłości je złożył... Są trudne, tak jak miłość niejednokrotnie jest trudna... Trzeba o nie walczyć, tak jak o miłość... Trzeba wciąż rozpalać na nowo zapał i gorliwość, żeby nie zapomnieć... Trzy węzły na sznurze przypominają wizualnie o złożonych ślubach każdego dnia... Ale to nie zawsze wystarcza... Zdjęcie na ścianie, to też za mało... Nawet gdybyśmy nosili obrączkę na ręku, i to by niewiele dało... Jeśli serce nie jest przeniknięte zachwytem dla Umiłowanego, dumą z przynależności do Niego, na nic zdadzą się zewnętrzne znaki... Ja po pięciu latach mogę ze szczerego serca wypowiedzieć słowa - JESTEM DUMNY Z TEGO, ŻE PAN POZWOLIŁ MI BYĆ FRANCISZKANINEM I KAPŁANEM... Spełnił w ten sposób największe pragnienie mojego serca i za to do końca życia chcę Mu w swej nieumiejętności składać dzięki....

To wszystko wiąże się ściśle z wiarą, która otwiera oczy.... Dziś Jezus pyta niewidomych, czy wierzą, że może ich uzdrowić... że może otworzyć im oczy... Usta mieli otwarte - wołają gorliwie - Ulituj się nad nami, Synu Dawida... Przypominają wielu chrześcijan, którzy głośno wołają w swoich potrzebach, ale wzrok mają na uwięzi, nie widzą tego, czego naprawdę potrzebują, nie widzą perspektywy dla swojego życia, nie widzą tych, którzy ich otaczają, nie widzą samych siebie i swojej kondycji... nic nie widzą... Żeby zrozumieć ten dramat, trzeba pobyć trochę z niewidomymi... MIałem tę okazję przez wiele lat w moim życiu... Łatwiej mi sobie wyobrazić co czuje człowiek, który nie trafia nożem w masło, ma problem z rozpoznaniem, kto do niego mówi, nie może się uporać z krawężnikiem czy schodami... Ślepota często fizycznie boli, bo człowiek potrąca różne przedmioty.... Duchowa ślepota boli podobnie... i to najczęściej nie tylko tego, kto jej doświadcza, ale również wielu ludzi wokół... Tylko w sferze ducha niewidzący czasem mają wielką trudność z uznaniem tego faktu... Próbują samych siebie przekonać, że jest inaczej, że mają sokoli wzrok... a tu, przy pierwszej przeszkodzie - niespodzianka... Jeśli uznam, że nie widzę, albo widzę słabo, wówczas wołanie wyraża mój przwdziwy stan... Jeśli wołam - uzdrów moje oczy, ale tak naprawdę jestem przekonany o tym, że widzę, to jaki sens ma moje wołanie? Żyć w prawdzie o sobie samym... to początek uzdrowienia naszych oczu...