Rozważania ojca Michała Nowaka


Rozważania ojca Michała Nowaka OFM Conv
Luty 2018
1 2 3 4
5 6 7 8 9 10 11
12 13 14 15 16 17 18
19 20 21 22 23 24 25
26 27 28
 
Marzec 2018
1 2 3 4
5 6 7 8 9 10 11
12 13 14 15 16 17 18
19 20 21 22 23 24 25
26 27 28 29 30 31
 
Kwiecień 2018
1 2 3 4 5 6 7
8 9 10 11 12 13 14
15 16 17 18 19 20 21
22 23 24 25 26 27 28
29 30
 
Maj 2018
1 2 3 4 5 6
7 8 9 10 11 12 13
14 15 16 17 18 19 20
21 22 23 24 25 26 27
28 29 30 31

Ty jesteś mym Lekarzem

2009-11-06

Mili Moi...

Dni płyną nieubłąganie, ale nie ukrywam, że przeżywam je bardzo pożytecznie... Pomijając wiele osób, które wyspowiadały się ostatnim czasem w mojej obecności z dużego kawałka życia, spędzam czas na czytaniu biografii św. Jana Marii Vianeya. Jest to zadanie, które postawiłem sobie na początku roku kapłańskiego, żeby zaprzyjaźnić się bliżej z tym świętym kapłanem. I choć oczywiście, jak ze wszystkim, jestem nieco spóźniony, to lektura pobudza mnie do świętych pragnień i motywuje do dobrego działania. Oczywiście ideał, który zarysowuje Święty Proboszcz jest na razie poza moim zasięgiem, ale nie tracę ducha. Być może choć w jakiejś części uda mi się naśladować miłość, którą odznaczał się ten święty kapłan. Nie mówię już o jego praktykach pokutnych, czy postnych, ale o tej miłośći, która za tym wszystkim stoi... Dziś wyraźnie zabrzmiały mi w uszach słowa, które skierował do jednego z księży uskarżających się na swoich parafian - modliłeś się za nich, kiedy wchodziłeś na ambonę? pościłeś? okradałeś się ze snu okupując ich grzechy? używałeś dyscypliny w ich intencji? zapłakałeś nad nimi? nie? to jeszcze niczegoś dobrego dla nich nie uczynił... Ne wolno kapitulować zanim walka się nawet nie rozpoczęła... I siły do tej walki, walki o dusze dla Jezusa, bardzo potrzebuję i o nią Go proszę, bo sam.... cóż, podobnie jak ów narzekający proboszcz, mogę tylko doświadczać ogromu porażki...

Ale Jezus jest, towarzyszy, nie zostawia mnie samego... Wczoraj po raz kolejny Jego dotknięcie... Otóż w czasie naszych rekolekcji ewangelizacyjnych przeżywaliśmy nabożeństwo uzdrowienia, czyli czas, w którym uczestnicy mogli Mu powierzyć swoje boleści, zranienia, krzywdy i smutki, aby ich od tego uwalniał... Nikt przecież tak bardzo nie chce, żebyśmy byli wolni, jak nasz Pan... Nabożeństwo trwało dwie godziny... Niezwykły czas, w którym w obecności Jezusa wystawionego w Najświętszym Sakramencie, czterech kapłanów nakładało ręce na braci i przyywało Bożej miłości... Kapłan, który był symbolem, znakiem Jezusa pochylającego się nad każdym człowiekiem... Wierzę głęboko, że Pan dotykał naszych serc... Kiedy głosiłem wczoraj krótkie słowo, nawiązałęm do uzdrowienia człowieka głuchoniemego... Wiele osób obecnych mogło się chyba odnaleźć w tej postaci... Głuchoniemi chrześcijanie, którzy w kościele niewiele słyszą, właściwie poza kilkoma formułami znanymi z dzieciństwa nic nie mówią... A tu przyprowadzono ich do Jezusa, jak owego głuchoniemego z Ewangelii... Nagle zaczęli słyszeć (codzienna lektura Słowa Bożego, które zaczęło do nich przemiawiać), nagle zaczęli mówić (grupy dzielenia i wypowiadanie głośno swojego doświadczenia wiary...) Dla wielu z nich to szokujące doświadczenie... doświadczenie wyjścia z samotności, z totalnej chrześcijańskiej anonimowości... Czy ów głuchoniemy nie chadzał do synagogi - pewnie tak... Ale niewiele korzyści mu to przynosiło... Nie mógł usłyszeć, nie mógł przemówić... Nawet Jezusa nie mógł prosić o uzdrowienie.... My wczoraj mogliśmy... Jestem bardzo pokrzepiony głebią próśb, które kierowli do Jezusa moi kochani rekolektanci... Nie ustaję w modlitwie za nich... Niech On dopełni w nich dzieła, w które wprowadziły ich te nasze proste rekolekcje...