Rozważania ojca Michała Nowaka


Rozważania ojca Michała Nowaka OFM Conv
Luty 2018
1 2 3 4
5 6 7 8 9 10 11
12 13 14 15 16 17 18
19 20 21 22 23 24 25
26 27 28
 
Marzec 2018
1 2 3 4
5 6 7 8 9 10 11
12 13 14 15 16 17 18
19 20 21 22 23 24 25
26 27 28 29 30 31
 
Kwiecień 2018
1 2 3 4 5 6 7
8 9 10 11 12 13 14
15 16 17 18 19 20 21
22 23 24 25 26 27 28
29 30
 
Maj 2018
1 2 3 4 5 6
7 8 9 10 11 12 13
14 15 16 17 18 19 20
21 22 23 24 25 26 27
28 29 30 31

ból dla życia...

2009-10-29

Mili Moi...

Kończy się powoli mój pobyt w Krakowie w szkole wychowawców, ale jest szalenie owocny, bo Pan mnie ciosa i może coś Mu się uda wyrzeźbić...:) Nie chcę jednak wcale żartować, ale napisać wam, że wreszcie bardzo konkretnie Jezus odpowiada na moje modlitwy... Prosiłem Go wielokrotnie, żeby mi ktoś głosił Ewangelię, bo moja wiara również rodzi się ze słuchania, a słucham mało, bo siłą rzeczy, kiedy sam głoszę przez całą niedzielę, to nie mam okazji nikogo słuchać. A nawet jeśli słucham, to często są to słowa głaszczące i pokrzepiające, pewnie ważne, ale mało skuteczne w nawracaniu serca. A tu... dostałem naprawdę w kość, ku przebudzeniu...

Przede wszystkim myślę o medytacji nad słowami Jezusa - za kogo mnie uważacie. Głoszę Mesjasza, sam wyznaję Go tysiąckrotnie jedynym Panem mojego życia. Ale czy tak jest w rzeczywistości, czy On prawdziwie Nim jest, czy tylko chcę, żeby tak było, a niewiele robię, aby Mu na to pozwolić. Przecież w miniony czwartek mówiłem konferencję w Elblągu właśnie na ten temat - Jezus jedynym Zbawicielem, Jezus Panem i Bratem... Ale kiedy sam zadawałem sobie pytanie - kim dla mnie jest Jezus? Nie pamiętam... Czy to nie oczywiste? Otóż nie... Ja też muszę sobie to pytanie często stawiać...

I wybrzmiało ono bardzo mocno w moim sercu w postaci pytań pomocniczych... sugestii badawczych... prowokacji duchowych...

A może Jezus jest gwarantem mojego autorytetu, swoistą "legitymacją członkowską" która ułatwia życie...

A może jakimś zabezpieczeniem, bez którego siebie nie widzę...

A może pozwolił mi zaistnieć, wydostać się z tłumu...

A może jest moim pracodawcą i wynagrodzicielem....

A może to tylko jeden z wielu elementów mojego życia....

A może "ostrym dyżurem", "brygadą szybkiego reagowania"...

A może tylko "głosem doradczym" w moich decyzjach...

A może "tylko cząstką" mojego czasu, mojej codzienności...

Zdałem sobie sprawę, że to wszystko jest jakoś prawdziwe... Owoc? Ogromny smutek i rozczarowanie samym sobą. Michale bracie, uwierzyłeś, że jesteś gość, uwierzyłeś, że jesteś kimś ważnym, uwierzyłeś, że jesteś Jezusowy... A tu niespodzianka... Jesteś mało wdzięczny za wielkiei dary Jego miłości. Brak ci zażyłości z Nim... Nie pytasz, tak jakbyś znał wszystkie odpowiedzi... Czujesz się nie pracownikiem Jego winnicy, ale współwłaścicielem firmy... Co więcej traktujesz to tak naturalnie, jakby nie mogło być inaczej... Przecież wcale nie musi tak być... Przecież już jutro może być inaczej... Czy nie jesteś raczej zafascynowany Jego skutecznością, Jego dziełami, bardziej niż Nim samym... Czy widzisz wartość w Jezusie, a nie w Jego darach....? Mógłbyś żyć bez habitu, bez kapłaństwa, bez ślubów...? Tak głęboko dotarał do mnie prawda słów - nie z tego się cieszcie, że poddają się wam złe duchy, ale raczej z tego, że wasze imiona są zapisane w niebie... Niektórym z was nawet tę myśl podesłałem na wieczorną medytację:) Sam się z nimi zmierzyłem...

Wiecie, zrobiłem coś, czego dawno nie robiłem, a do czego mam wielkie przekonanie i czasem zachęcam innych. Otóż zdjąłem krzyż ze ściany, usiadłem z nim na kolanach i opowiedziałem Jezusowi o wszystkim... O moich tęsknotach, o tym rozczarowaniu jakiego doznaję patrząc na siebie, o zawodzie jaki Mu sprawiam, o brakach, których doświadczam, o niepewności, która mi ciąży, o lękach i słabościach, o mojej małości i złudzeniach co do samego siebie, o antyświadectwie, którym jestem, o wartościach, które wciąz daleko przede mną, o... wielu rzeczach... Gadałem z Nim długo... Dawno się już tak nie wygadałem... Czułem Jego bliskość, czułem szorstkość krzyża, czułem chłód gwoździ... Miałem te gwoździe w moim ręku...

Jeśli myślicie, że doznałem pociechy, to się mylicie... To, co nastąpiło dziś, było odarciem totalnym, a wyraziło się w słowach - zejdź mi z oczu szatanie, bo nie myślisz na sposób Boży, ale na ludzki... To zbyt bolesne, żeby o tym pisać, zresztą sam jeszcze tego ne ogarniam... Jestem Mu jednak bezgranicznie wdzięczny, bo On wie, że ja potrzebuję mocnego uderzenia w moim nawracaniu, że duchowe pieszczoty do niczego mnie nie prowadzą... Ja zaś wiem, że tego nawrócenia potrzebuję...

A po co to piszę? Przede wszystkim po to, żebyście wiedzieli, że jestem dokładnie takim samym chrześcijaninem jak każdy inny. Z walką duchową, z grzechem, z potrzebą nawrócenia, ze słabościami, z ciemnością w sercu, z niedomaganiem w modlitwie... I to, o czym pisałem wcześniej, całkiem prawdziwe, nie jest sielankowym przeżywaniem rzeczywistości, bezproblemowym chrześcijaństwem, mistycyzmem i jednym wielkim uniesieniem... Twarde słowa Pana docierają do mnie tak samo boleśnie, jak do wszystkich innych, a pracę do wykonania mają być może dużo większą, bo jestem Michałem o twardym karku... Dziękuję wam za wasze wsparcie i modlitwy... Jak widzicie są mi one potrzebne, jak każdemu... A Jezusowi chwała za Jego miłość, która czasem musi boleć, bo dotyka prawdziwej głebi mojego serca...