Rozważania ojca Michała Nowaka


Rozważania ojca Michała Nowaka OFM Conv
Wrzesień 2018
1 2
3 4 5 6 7 8 9
10 11 12 13 14 15 16
17 18 19 20 21 22 23
24 25 26 27 28 29 30
 
Październik 2018
1 2 3 4 5 6 7
8 9 10 11 12 13 14
15 16 17 18 19 20 21
22 23 24 25 26 27 28
29 30 31
 
Listopad 2018
1 2 3 4
5 6 7 8 9 10 11
12 13 14 15 16 17 18
19 20 21 22 23 24 25
26 27 28 29 30
 
Grudzień 2018
1 2
3 4 5 6 7 8 9
10 11 12 13 14 15 16
17 18 19 20 21 22 23
24 25 26 27 28 29 30
31

brzydal...

2009-09-21

Mili Moi...

Najpierw zdjęcie... Pies na nim uwieczniony budził trwogę na jednym z postojów pielgrzymkowych... Wygląda... hmm... nieszczególnie... Nie było w nim jednak żadnej agresji, przypominał raczej kupę nieszczęścia, nad którym nikt się nie chciał ulitować, na widok którego wszyscy raczej uciekali, lub zamierali ze strachu... W ramach śledztwa, przesłuchanie właścicieli pozowliło nam ustalić, że owe stworzenie Boże wpadło we wczesnej młodości do szamba i nawet kilkanaście operacji nie pomogło. Bynajmniej nie były to operacje plastyczne, ale takie, które pozwoliłyby mu w miarę normalnie żyć... Po tej wiadomości zrodziło się we mnie głębokie współczucie dla owego czworonoga... wcześniej była raczej baczna obserwacja, czy ta krwawa bestia nie odgryzie mi nogi...

Teraz mała refleksja biblijna. Trochę podobieństwa odnajduję w Lewim ( i mam szczerą nadzieję, że się na mnie nie obrazi za to, co piszę...) Lewi, znany nam raczej jako Mateusz też z pewnością dośwaidczył kąpieli w szambie (kto z nas zresztą jest od niej wolny). To spowodowało w nim głębokie spustoszenie. Jego wewnętrzna brzydota sprawiała, że ludzie żywili do niego tylko pogardę i nienawiść, pobożny Izraelita doznawał niemal nieczystości rytualnej od samego patrzenia na niego... Spluwanie, przeklinanie pod nosem na jego widok, to była jego szara codzienność. Pies, to z pewnością najdelikatniejsze określenie, jakiego mógł się spodziewać... Tkwił więc w tym szambie, uznając je za najlepsze środowisko życia, w innym się nie widział... Siedział w komorze celnej niczym kupa nieszczęścia - niekochany, wzgardzony, odrzucony...

Mam wrażenie, że to jego doświadczenie było niczym beczka prochu oczekująca jedynie na iskrę, aby eksplodować... I tę iskrę przyniósł Jezus, który nie brzydził się smrodem szamba, ale zajrzał do tej komory, od której każdy przechodzień ze wstrętem odwracał wzrok. Wystarczyło jedno spojrzenie i jedno słowo, aby Mateusz zostawił znane sobie, śmierdzące środowisko życia i poszedł za Nim. To mnie fascynuje... Zaufał kolejnemu z pewnością lekarzowi, który być może po raz pierwszy nie oferował mu złotej recepty na wyzdrowienie, który nie przychodził traktować go jako kolejny przypadek konieczny do nawrócenia, ale który dostrzegł w nim człowieka... Chorego, ale człowieka... Takich wybierał sobie Jezus...

A ja tego psa ze zdjęcia jednak nie zdecydowałem się pogłaskać... Zabrakło odwagi... I pewnie brakuje mi jej również w kontaktach  z wieloma chorymi współcześnie, zanurzonymi po uszy w swoim szambie. Obmyślam sposoby jak by ich tu na siłe z niego wyrwać... a może jakby tu wyeliminować odór, żebym to ja czuł się lepiej, nie czuł smrodu, a w konsekwencji mógł sobie dopisać do listy nawróconych kolejny przypadek... Czy tak nie jest? Czy przesadzam? Może nieco... Ale tak trudno wyciągnąć rękę, uczynić najmniejszy gest wobec tych, którymi wszyscy gardzą... Łatwiej być ze wszystkimi, łatwiej głaskać labradory i foksteriery...

Marana Tha chciałoby się zawołać... Przyjdź Panie Jezu... Bo mnie nie dostaje miłości, bo ja kocham tylko trochę, wciąż za mało, nie całym sobą... Tylko Ty potrafisz kochać całym sobą... Naucz mnie w tej miłości uczestniczyć... Uczyć się jej, zgłebiać ją i wcielać ją w moje życie, aby wielu zanurzonych w szambie nieszczęśników ( z których ja jestem pierwszym) mogło jej doświadczać w prostych gestach i nieskomplikowanych słowach...

Chcę wam dziś tu poddaćc jeszcze jedną myśl, którą dzieliłem się ostatnio z bliskimi mi siostrami zakonnymi, ale właściwie nie widzę powodu, dla którego wszyscy nie mielibyście jej przeczytać... Myśl, która jest niemałym wyzwaniem dla poważnie myślących o związaniu swojego życia z Bogiem... i naśladowaniu Go...

Duchowa siostro w Jezusie Chrystusie, modlę się za Ciebie, abyś będąc 

cały czas posłuszna wezwaniu do Bożej służby, jakie Pan do Ciebie 

skierował, trwała w nim z ochotą, starając się ze wszystkich sił swojej 

duszy, aby prawdziwie dobrym życiem - dzięki łasce Jezusa Chrystusa - 

potwierdzić i wypełnić stan, który przyjęłaś w zewnętrznym przejawie. I 

tak jak, niczym martwy człowiek, porzuciłaś świat i skierowałaś się ku 

naszemu Panu cieleśnie w sposób widoczny dla ludzi, tak bądź w swym 

sercu jakby martwa dla wszelkich ziemskich miłości i lęków i całą sobą 

skieruj się ku naszemu Panu Jezusowi Chrystusowi. Bądź bowiem pewna, że 

jeśli serce nie podąża za zewnętrznym zwróceniem się ku Bogu, jest to 

wszystko jedynie podobieństwem cnoty, a nie cnotą prawdziwą. Dlatego też 

nędzni są ci mężzyźni i te kobiety, którzy zaniedbując troskę o swoje 

wnętrze, okazują świętość jedynie w zewnętrznej formie - w zwyczaju i 

ubiorze, w mowie i zewnętrznym sposobie zachowania się oraz czynach, 

kierując swój wzrok na uczynki innych ludzi i osądzając ich wady, 

uważają się za wielkich, kiedy tak naprawdę są niczym. I tak oszukują 

samych siebie.

Ty tak nie czyń, ale razem ze swym ciałem skieruj ku Bogu przede 

wszystkim swe serce i buduj swe wnętrze na Jego podobieństwo poprzez 

pokorę i miłosierdzie i inne duchowe cnoty, a wtedy Twe działanie 

naprawdę skieruje się ku Bogu...

To słowa Waltera Hiltona, średniowiecznego mistyka angielskiego, pochodzące z jego "Drabiny doskonałości". Obyśmy wszyscy, będąc niczym, potrafili zanurzyć się w Tym, który jest Wszystkim dla wszystkich...