Rozważania ojca Michała Nowaka


Rozważania ojca Michała Nowaka OFM Conv
Luty 2018
1 2 3 4
5 6 7 8 9 10 11
12 13 14 15 16 17 18
19 20 21 22 23 24 25
26 27 28
 
Marzec 2018
1 2 3 4
5 6 7 8 9 10 11
12 13 14 15 16 17 18
19 20 21 22 23 24 25
26 27 28 29 30 31
 
Kwiecień 2018
1 2 3 4 5 6 7
8 9 10 11 12 13 14
15 16 17 18 19 20 21
22 23 24 25 26 27 28
29 30
 
Maj 2018
1 2 3 4 5 6
7 8 9 10 11 12 13
14 15 16 17 18 19 20
21 22 23 24 25 26 27
28 29 30 31

On jest... i działa...

2009-09-02

Mili Moi...

I oto jestem w domku... Wróciłem ze szpitala,w  którym wybadano... że właściwie powinienem jeszcze nieco pożyć, chyba, że Pan będzie miał jakieś inne plany. Nie jestem nadzwyczaj schorowany, a wszelkie badania zmieściły się w jakoś szeroko rozumianej normie. To znaczy, nie znaleziono we mnie niczego, czego by tam nie było wcześniej, no i niczego też nie ubyło... poza kilogramami oczywiście. Z tym zresztą wiąże się dość zabawna historia. Otóż pewnego razu przyszła jedna z pielęgniarek zmierzyć mi ciśnienie. Nie zdziwiło mnie to nadzwyczaj, bo kilkanaście razy dziennie to następowało. Ale towarzyszył temu taki oto dialog:

- (P) - przydałoby się zrzucić parę kilo...

- (ja) - ano, to prawda...

- (P) - a żonę ma???

- (ja) - no nie za bardzo...

- (P) - nie martwi się i nie spieszy się do tego miodu, jak przyjdzie uczucie, to na pewno i żona sę szybko pojawi, każdy w swoim czasie znajduję, więc się nie martwi...

- (ja) - no nie martwi się...

(w tej chwili wchodzi moja kumpelka Kasia, lekarz i mówi - o, widzę pani Tereniu, że już pani poznała mojego kolegę ze szkolnej  ławy...)

- (P) - o matko, pewnie lekarz...

- (K) - nie, ksiądz...

(na co pani Terenia prawie spadła z krzesła i zaczęła mnie przepraszać, że ona nie wiedziała...) No skąd bidna miała wiedzieć... W pidżamce wszyscy tak samo wyglądają, a na czole napisu nie miałem... Teraz chyba już tylko czekać na to uczucie, co to ma przyjść i na każdego w swoim czasie przychodzi...

Nie miałem szans sprawować Eucharystii w te dni, ale przychodził do mnie z komunią mój wspólbrat Michał. Z tym też jest związane pewne piękne skądinąd zdarzenie. Kiedy już sobie siedzieliśmy i gwarzyliśmy, wpadła wspomniana Kasia z prośbą, żebyśmy przyszli, bo właśnie nastąpił zgon pacjentki na jednej z sal i rodzina chce się pomodlić. Michaś chwycił za oleje, namaścił kobietę i udzielił jej odpustu zupełnego na godzinę śmierci. Piękna posługa i chwała Bogu, że dane nam było w tym przejściu towarzyszyć.

Kiedy dziś wróciłem ze szpitala i stanąłem przy ołtarzu, poczułem się, jakbym wrócił z dalekiej podróży, podczas której nie można było celebrować Eucharystii. A to tylko dwa dni... Ucieszyła mnie ta tęsknota serca, bo naprawdę tęskniłem... Aż mi dech w piersiach zaparło, kiedy dziś znów zaprosiłem Pana na ołtarz... Może to brzmi śmiesznie i niewiargodnie, ale poczułem głebokie wzruszenie i wdzięczność, że Pan wybrał mnie do tej posługi. To w takich momentach przychodzi głębsze zrozumienie daru...

Do szpitala jechałem właściwie zaraz po skupieniu dla dziewcząt w Poznaniu (zdjęcia w galerii), nie zdążyłem więc go w żaden sposób podsumować. A był on znakomitym wprowadzeniem do szpitala... to znaczy, jak zawsze miał dla mnie znaczenie terapeutyczne... Odpocząłem i nasyciłem się tym ich pragnieniem pogłębienia wiary i bliskości z Jezusem. Te młode dziewczyny stanowią zawsze jakieś wyzwanie dla mojej osobistej pobożności. Uczę się od nich wytrwałości na modlitwie, uczę się tęsknić... Bo wiele z nich w codzienności nie ma tyle czsu, co ja na zgłębianie Tajemnicy Jezusa. Potrafią więc wykorzystać każdą chwilę takiego skupienia na wejście w głąb. Aż miło patrzeć, można się zbudować... Szczególnym momentem dla mnie samego była wieczorna modlitwa w sobotę. Zakładaliśmy z siostrą Barbarą, odpowiedzialną za powołania, że powinna ona dotykać potrzeb człowieka. Wiedzieliśmy, że będzie przed wystawionym Najświętszym Sakramentem i że zakończy się indywidualnym błogosławieństwem każdej z uczestniczek modlitwy. Miałem ją poprowadzić... ale zupełnie nie miałem pomysłu jak. Szedłem do kaplicy zupełnie pusty, jeśli chodzi o pomysł. Prosiłem Ducha, żeby poprowadził moje słowa... I wyraźnie odczułem Jego prowadzenie. Po kilku "moich akordach" pojawiła się symfonia, której sam bym z pewnością tak nie zagrał. Nigdy wcześniej nie prowadziłem modlitwy w taki sposób i w takim kierunku. Czułem wyraźnie, że to "nie moje", że te słowa pojawiają się w mojej głowie jako swoisty dar... Było to wyobrażeniowe przyzywanie realnego i żywego Jezusa, który, wierzę w to głeboko, przechadzał się wówczas między nami. Próżno próbować sobie to przypomnieć w tej chwili... Mam nadzieję, że dla dziewczyn było to równie głębokie, jak dla mnie samego... Zaskoczony i oniemiały wypowiadałem ostatnie amen... Do dziś odczuwam drżenie serca, kiedy pomyślę sobie o tej bliskości, w którą wprowadził nas Jezus... On jest Panem, w którym każda nasza potrzeba jest zaspokojona... A chyba w sposób szczególny te, których najbardziej łakniemy - akceptacji, bliskości, czułości, miłości... On jest mistrzem niedoścignionym... Zresztą... po co Go ścigać... Wystarczy skorzystać...