Rozważania ojca Michała Nowaka


Rozważania ojca Michała Nowaka OFM Conv
Listopad 2017
1 2 3 4 5
6 7 8 9 10 11 12
13 14 15 16 17 18 19
20 21 22 23 24 25 26
27 28 29 30
 
Grudzień 2017
1 2 3
4 5 6 7 8 9 10
11 12 13 14 15 16 17
18 19 20 21 22 23 24
25 26 27 28 29 30 31
 
Styczeń 2018
1 2 3 4 5 6 7
8 9 10 11 12 13 14
15 16 17 18 19 20 21
22 23 24 25 26 27 28
29 30 31
 
Luty 2018
1 2 3 4
5 6 7 8 9 10 11
12 13 14 15 16 17 18
19 20 21 22 23 24 25
26 27 28

ksiądz ma być jak ławeczka... usiądź sobie na chwilę... a potem idź dalej...

2009-06-07

Mili Moi...

No i chyba sobie przyznam jakiś medal... Wczorajszą eskapadę rozpocząłem od uroczystości święceń prezbiteratu w katedrze elbląskiej... Dwoch moich przyjaciół, Piotr i Tomasz otrzymali ten dar przez nałożenie rąk JE Bp Jana Styrny... Wzruszająca, podniosła, chwytająca za serce Eucharystia... Łzy w oczach chłopaków, dla których w jednej chwili zmieniło się wszystko... Weszli do katedry jako diakoni, wyszli jako prezbiterzy, wyposażeni we władzę... począwszy od konsekracji darów ofiarnych, a na wypędzaniu demona skończywszy... To jest niezwykłe i zmusza wręcz do zastanowienia się nad mocą swego własnego kapłaństwa, co też niniejszym uczyniłem zaraz po wyjściu z katedry... Myślałem sobie długo jak wielkim darem mnie Pan obdarzył... No taki miesiąc, że tych myśli będzie pewnie jeszcze sporo, zważywszy, że wkrótce rozpocznie się Rok Kapłaństwa, ogłoszony przez Benedykta XVI...

Ruszyłem po święceniach nad Lednicę... Dzięki Bogu po drodze zabrał się ze mną Arek z Bydgoszczy, co uczyniło moją podróż nieskończenie radośniejszą i przyjemniejszą... Rozmówca z niego nie lada... Nie pozwolił mi się zdrzemnąć za kółkiem ani na chwilę:) Co sprawiło, że ok 17.00 dotarliśmy na miejsce. Choć to chyba za dużo powiedziane... Zatrzymano nas już około 3 kilometrów przed polem, gdzie serdeczny młodzieniec stwierdził - ja panu pokaże parking, pan zapłaci 20 złotych, a my panu popilnujemy samochodu przez całe spotkanie... Nigdy nie byłem dobry w targowaniu, więc udało mi się zejść do 15 złotych, bo zdecydowanie nie przyjechałem tam na całe spotkanie, a zaledwie na kilka jego chwil... W każdym razie rozpoczął się morderczy marsz na pole... To znaczy, uściślijmy, morderczy był on raczej dla Arka, bo zdecydował się nieść stukilogramowy plecak wypełniony ulotkami powołaniowymi:) Dementuję plotkę, że zabrałem go z Bydgoszczy w tym właśnie, jakże niegodnym celu, żeby go wykorzystać jako tragarza... W każdym razie nie protestowałem chyba najgłośniej, jak się tylko dało, a moja perswazja była nieprzekonująca, bo chłop doszedł z tym plecakiem na pole.... A tam... się zaczęło... Trzeba było towar upłynnić... Detal trwałby zbyt długo. Postawiliśmy więc na hurt... Arek lokalizował zakonnicę, ja podchodziłem i nisko się kłaniając, prosiłem o dystrybucję wśród okolicznej młodzieży... Czasem dołączałem do tego przyklęknięcie, albo poślinienie dłoni danej siostry, zwane potocznie pocałunkiem....:) W każdym razie, dzięki kochanym siostrom z różnych zgromadzeń, nasze ulotki trafiły do zamierzonych odbiorców... Nie sposób również pominąć moich braci kleryków, którzy się tam licznie stawili... Oni również zajęli się dystrybucją i także im wyrażam swoją wdzięczność... Kilkugodzinne spacerowanie po polu nie przyniosło niestety jednego z zamierzonych skutków ubocznych, mianowicie nie spotkałem wielu ludzi, których miałem tam zamiar spotkać... Nie wiem, czy to płaszcze przeciwdeszczowe, czy to ja miałem jakąś czapkę niewidkę, w każdym razie... Ale skutki uboczne w postaci pęcherzy na nogach przyswoiłem.... Niewątpliwie jednak kolejna Lednica za nami...

Zabawna jedna sytuacja... Podchodzi do mnie złotowłose dziewczę i mówi "hallo'', na co ja odpowiadam dźwięcznym "hallo". Wówczas ona (po niemiecku) pyta, czy mówię po niemiecku... Wówczas ja (po polsku) odpowiadam, że raczej nie... Na co ona (po polsku) pyta czy mogłaby się wyspowiadać.... na co ja ( znów po polsku), że jasne.... A ona mi na to, że ją mój akcent zmylił... No zwykłe "hallo" nawet z obcojęzycznym akcentem mi się wymyka... Prawdziwy ze mnie poliglota...

Po morderczym marszu z powrotem, odnalezieniu naszego wozu, który za 15 złotych był strzeżony, że aż hej (z góralskim akcentem), udaliśmy się w drogę powrotną... Dotarłem do Sztumu coś koło 2.00 w nocy... A o poranku, po śniadanku, pobiegłem do kościoła odprawić mszę, boć z neoprezbiterem się tego nie robi... Wielką łaską było dla mnie wygłosić moje drugie już w trzyletniej historii mojego kapłaństwa kazanie prymicyjne... I to mnie też zdumiewa... Owszem, kocham moje kapłaństwo... Ale trudno uznać mnie za naprawdę dojrzałego kapłana, bo zwyczajnie jeszcze nie było na tę dojrzałość czasu... Z pewnym więc zażenowaniem staję przy ambonie, aby ukazywać piękno tego daru tak niewiele młodszym ode mnie współbraciom... Ale w dziedzinie kazanie prymicyjne się po prostu nie odmawia... A ja tej zasady - nie odmawiać o ile to możliwe, raczej się z reguły w swoim życiu trzymam... Skoro więc młodsi uważają, że mam coś do powiedzenia również w tym temacie, to hej (z góralskim akcentem, bo jakżeby inaczej).

Kiedy tworzyłem to kazanie, z największą dobitnością dotarło do mnie niebezpieczeństwo bankructwa... Ksiądz bankrut, to największy osobisty dramat i dramat Kościoła Świętej Matki Naszej... Bankructwo to może wyniknąć z przekonania, że to, co zdobyliśmy w seminarium wystarczy... Wówczas bardzo szybko tracąc, zaczynamy rozdzielać hojnie naszą duchową nędzę... Nie idąc dalej, nie rozwijając naszej relacji z Chrystusem, stajemy się puści i absolutnie niewiarygodni... A świat, który sam jest bankrutem potrzebuje kapłanów, którzy pokażą mu gdzie jest źródło prawdziwych wartości, i w jaki sposób można je zdobyć. Dla księży bankrutów świat jest bezlitosny. Bez skrupułów wykorzystuje ich dla własnych celów... I tego trzeba się naprawdę strzec...

Pięknie było patrzeć na Tomka, który z takim przejęciem celebrował swoją pierwszą mszę świętą... Ja miałem tę łaskę czynić to w tym samym miejscu 3 lata temu. Ale był również obecny ksiądz Dariusz, który sprawował ją tam siedemnaście lat temu, był ksiądz Andrzej, który czynił to pierwszy raz 29 lat temu... Ta ciągłość... ten chłód kościoła, który nas wszystkich wychował, przyjął w swoje progi, słuchał naszych próśb... To zdumiewa i wzrusza...

A potem już szaleństwo kulinarno-taneczne... Różnego rodzaju "pociągi z daleka", "kaczuszki", "niewielecimogędacie"... Zabawne polecenia typy - a teraz rączki na bioderka osoby z przodu i wężykiem... Dobrze, że mam franciszkański pasek, było się za co chwycić, bo gdzie są moje bioderka, to już sam zapomniałem - stało się to chyba w chwili przekroczenia wagi 130 kilogramów:) Niemniej z pewnością gdzieś tam są, bo w tej chwili z całego mojego ciała "czuję" je chyba najbardziej... Po chwilach spędzonych u Tomka, nawiedziłem jeszcze imprezę Piotra, a tam wielu przyjaciół z dawnych lat, czasów chóru i wspólnego wzrastania... Rubaszne wspomnienia o pierwszej wódce w czasie "sylwestra" w domu parafialnym (ale zarazem ostatniej w takich ilościach), o koncertach, moc wspomnień... No i radość spotkania... Ach... to był dobry dzień...