Rozważania ojca Michała Nowaka


Rozważania ojca Michała Nowaka OFM Conv
Listopad 2017
1 2 3 4 5
6 7 8 9 10 11 12
13 14 15 16 17 18 19
20 21 22 23 24 25 26
27 28 29 30
 
Grudzień 2017
1 2 3
4 5 6 7 8 9 10
11 12 13 14 15 16 17
18 19 20 21 22 23 24
25 26 27 28 29 30 31
 
Styczeń 2018
1 2 3 4 5 6 7
8 9 10 11 12 13 14
15 16 17 18 19 20 21
22 23 24 25 26 27 28
29 30 31
 
Luty 2018
1 2 3 4
5 6 7 8 9 10 11
12 13 14 15 16 17 18
19 20 21 22 23 24 25
26 27 28

przetrwać to za mało... przetrwać i skorzystać... oto jest zadanie

2009-06-05

Mili Moi...

Właśnie wróciłem z pogrzebu, który dziś celebrowaliśmy aż w Grudziądzu. Kolejna kumpelka mojej babci dołączyła do niej i wielu innych w wieczności. Była to jednocześnie babcia moich bliskich przyjaciół.

Tak pomyślałem dziś o wierze, nadziei i miłości. Pani Agnieszka bardzo długo cierpiała... To wielkiie wyzwanie dla tych cnót. Przeczytaliśmy dziś fragment Księgi Hioba... Ten bohater ma wiele do powiedzenia o cierpieniu. Jak łatwo się wierzy w Boga, kiedy życie nie dostarcza żadnych większych trudności, a wręcz przeciwnie, jest miło i wesoło. Dopiero bankructwo, i to nie tylko w sensie materialnym, ale szerszym, życiowym, uzmysławia, że wiara kosztuje... Hiobowi została tylko choroba i... nie wierząca, nie rozumiejąca go żona.. A on... Dobro przyjęliśmy z ręki Pana, dlaczego zła przyjąć nie możemy... Pan dał, Pan wziął, niech Jego imię będzie błogosławione... Jak wielka to wiara, która nie jest podtrzymywana zewnętrznymi podpórkami, ale jej siłą jest sam Bóg... Dla Hioba nie liczą się jego zasługi, ani osiągnięcia... To, co się liczy, to to, o czym wie on i Bóg - to właśnie ja Go zobaczę, moimi oczami... On mnie wskrzesi i ciałem odzieje... To liczy się naprawdę...

Ewangelią był opis ucieczki uczniów do Emaus i spotkanie z Panem... Jak nieskore są wasze serca do wierzenia we wszystko, co powiedzieli prorocy... A wasza nadzieja jest zupełnie błędnie ukierunkowana... Oto ona, tu być powinna... materializuje się w osobie Jezusa... Tu jest jej źródło i tu jest jej kres... Częstokroć okazuje się, że nadchodzi taki moment w życiu, że ani lekarze, ani pieniądze, ani dobrzy ludzie nie są w stanie pomóc, choćby nawet chcieli... I wówczas co? Możliwości są dwie. Albo beznadzieja i oczekiwanie na kres wszystkiego. Albo nadzieja na nowy początek, wielką przemianę, wykorzystanie tego kryzysu...

Nie jest to z pewnością możliwe bez miłości, która jest ponad tymi dwoma... Cierpiący musi doświadczyć miłości, która go upewni o sensie wydarzeń, w których bierze udział, nada im znaczenie... To ta miłość właśnie gruntuje wiarę i nadzieję... Ona je nasyca, ona pozwala im trwać... Ale pewien jestem, że o tym wszystkim trzeba myśleć właśnie w tych chwilach, kiedy jesteśmy piękni, zdrowi i zadowoleni, bogaci czy zdolni, wykształceni, czy pełni marzeń i planów... To trochę w myśl reguł duchowych św. Ignacego. Jeśli jesteś na wzgórzu pocieszenia, to korzystaj i raduj się, ale myśl już o tym, że zejdziesz w dolinę strapienia, i co wtedy??? Dlaczego tak wiele kryzysów zaskakuje nas i wręcz paraliżuje w naszym życiu...? Dlatego, że nigdy o nich nie myślimy. One mogą się zdarzyć wszystkim, tylko nie nam. Dopiero kiedy zdrowie, plany, marzenia, szczęście staje pod znakiem zapytania, pojawia się refleksja, która częstokroć nie ma źródła w Bogu, bo wydaje się, że On o nas zapomniał, On za tym stoi, On na to pozwala...

Wiara, nadzieja i miłość to cnoty zaszczepione w nas na chrzcie świętym... Mam czasem taką obawę, że w wielu z nas pozostały na tym samym etapie rozwoju, co w chwili chrztu, nie postąpiliśmy ani na krok, nie rozwinęliśmy ich... Jeśli zaś są w postaci zalążka jedynie, to z pewnością nie mogą posłużyć nam jako wsparcie... bo same wsparcia potrzebują... Stąd częste słowa -straciłem wiarę, nie mam już nadziei, nie wierzę w miłość... I nic się nie zmieni, dopóki Syn Dawida, Jezus Chrystus nie stanie się rzeczywiście naszym Panem i dopóki to Jemu nie oddamy panowania w naszym życiu. Bez Niego każdy kryzys jest zabójczy. Z Nim każdy jest szansą na nową lekcję, nową wiedzę, nowe życie... Nawet kryzys śmierci, bo przecież życie Twoich wiernych o Panie zmienia się, ale się nie kończy... W Tobie trwa...

A przede mną morderczy weekend. Jutro o 10.00 święcenia prezbiteratu w katedrze elbląskiej. Dwóch moich młodszych w powołaniu braci ze Sztumu - Tomasz i Piotr otrzymają jutro święcenia. Oczywiście nie mógłbym przeoczyć tej celebracji, na którą zresztą zostałem przez nich zaproszony. Zaraz po święceniach pędzę (uwzględniając oczywiście przepisy ruchu drogowego) nad Lednicę, aby tam "czynić swoją powinność" czyli zasypać zgromadzenie ulotkami franciszkańskimi. A jak tylko się ściemni wracam tą samą drogą do Sztumu, aby w niedzielne południe, żeśko i świeżo, wygłosić prymicyjne kazanie na prymicyjnej mszy neoprezbitera Tomasza... Potem już tylko radosna zabawa na dwóch ucztach poprymicyjnych i wieczorem będę mógł z pewnością powiedzieć szczerze - w ręce Twoje Panie powierzam ducha mego... Jeśli to przetrwam, to... jeszcze nie wiem... ale jak wymyślę, to dam znać...

A na zdjęciu powyżej widzicie mnie w towarzystwie s. Klary (czyż nie piękne imię? wprost zachwycające) i dziś was proszę o modlitwę za nią... Wesprzyjcie mnie w tej posłudze... Wierzę, że Pan was wynagrodzi:)